Bezlitosny Las Deszczowy

(tłumaczenie artykułu Ruthless Rainforest z gazety Land Rover Monthly, 4/2008)

Prawdopodobnie najbardziej szaleńcza z off-roadowych prób sił tym razem została udaremniona przez deszcz, z powodu którego ogłoszono stan alarmowy.

Do stosunkowo niedawna większość kontynentu europejskiego pokryta była olbrzymią puszczą, którą obecnie zastępują miasta, drogi i pola uprawne. Trudno jest nam sobie nawet wyobrazić jak to było w tej zarośniętej, starożytnej przestrzeni.
Na szczęście w innych częściach świata zachowują nadal swoją 'zieleń' - rozległe obszary geograficzne z roślinością tak gęsta, że można tam żyć tylko w bardzo ograniczonym okręgu, przy panowaniu w pozostałej przestrzeni czegoś, co z pewną arogancją nazywamy 'dziką przyrodą'.
Malezyjski las deszczowy uważany jest za jeden z najstarszych na Ziemi. Tam w obrębie 500 metrów kwadratowych można znaleźć ponad 800 różnych gatunków drzew, kwiatów, ptactwa, zwierząt dwu- i czteronożych, węży, skorpionów, a w szczególności - jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenie - żrących mrówek, much oraz krwiożerczych pijawek, delektujących się każdym kawałkiem białej skóry, który odsłaniam.


Proszę pomyśleć o imprezie motosportowej 4x4, umieścić ją w lesie deszczowym podczas sezonu burz tropikalnych, a potem wyobrazić sobie liczne ekipy z całego świata, konkurujące ze sobą w dalece zmodyfikowanych pojazdach off-roadowych, z najlepszym obecnie istniejącym wyposażeniem technicznym. Klimat przypomina przebywanie w saunie o temperaturze 30°, przy 100%-owej wilgotności i obfitym deszczu, który pada przez niemal cały czas trwania imprezy, przemieniając każdy skrawek solidnej gleby w bagno, i każdy malutki strumyczek wody w ogromną przeszkodę. Rainforest Challenge (w skrócie RFC) jest imprezą trwającą przez 10 intensywnych dni, która odbywa się co roku w innym rejonie konstytucjonalnej monarchii Malezji, a rok 2007 był jej 10-tą rocznicą. Podobnie do innych imprez 4x4 na całym świecie, celem RFC jest sprawdzenie umiejętności kierowcy oraz jego zamiennika za pomocą serii skrajnie trudnych przeszkód, prawie niemożliwych do pokonania. Z moich przeszłych doświadczeń osobistych, pokonanie niektórych z tych przeszkód może zając nawet kilka dni, przy nakładzie wiader potu.

Człowiek kontra Przyroda

W tym roku 'konkurencja motosportowa' po kilku dniach przeobraziła się w walkę z przyrodą, lecz była głównie walką zawodników przeciwko swojej własnej ludzkiej naturze. W tym środowisku człowiek zmuszony jest do rozszerzania osobistych granic poza swoje umiejętności fizyczne i umysłowe. W tym właśnie leży prawdziwe wyzwanie, w jednym z najbardziej odległych i najpiękniejszych miejsc na Ziemi.


Tutaj miałem okazję się zapoznać ze szczególną rasą ekspertów off-roadingu, których naturalne środowisko jest dżungla. Specjalizują się w jeździe w warunkach ekstremalnie zabłoconych, o zerowej trakcji; muszą skutecznie posługiwać się wyciągarkami, pokonywać przeszkody wodne, budować mosty z bali i przecinać się maczetami przez gęstą wegetację. W przeciwieństwie do lokalnych kierowców malezyjskich, jest to dla mnie - jak i dla większości uczęstników z Zachodu - teren niezbadany.
Wylądowałem pod koniec listopada na międzynarodowym lotnisku w Kuala Lumpur, stolicy Malezji. Po dniu robienia ostatniochwilowych zakupów wsiadłem z resztą grupy prasowej do autobusu, na dziesięciogodzinny przejazd w kierunku oddalonego o 450 km wschodniego wybrzeża.


Pierwszy etap konkurencji - zwany Prologiem - odbywa się przez dwa dni na peryferiach małego miasta o nazwie Jertih. Urządzony tam 'plac moto-zabaw' składa się ze specjalnych etapów (SS, czyli 'special stages'), i przeznaczony jest dla czystej przejemności zgromadzonej publiczności oraz reszty przedstawicieli mediów, którzy nie będą mogli śledzić imprezy w całości.
Burze deszczowe z kilku dni przed ceremonią startową zrodziły spore niepokoje - ale pomimo tego, pierwszego grudnia uczęstników wraz z setkami widzów, którzy przyjechali oglądać i podziwiać piękne widowisko kolorowych pojazdów dżunglowych powitała jednak piękna, wiosenna pogoda. Wciąż brakowało jakiejkolwiek zapowiedzi tego, co się wkrótce miało wydarzyć.

Bezchmurny start

Ranem trzeciego dnia niebo było nadal przejrzyste, ale nad rzeką Lebir głęboko w puszczy, od czasu do czasu już można było odczuć zimny wiatr. Niemniej jednak ani organizatorzy, ani uczestnicy się nie wahali; wszyscy pełni byli entuzjazmu do pokonywania pobliskich SS-ów 11 i 12.

Stamtąd główny konwój RFC podążył do SS-ów 13 i 14, ulokowanych przy zbiegu rzek Sg Ebay i Sg Miak. Poziom trudności jazdy był jeszcze rozsądny, jak na tę porę roku, ale miał się stać niezwykle ciężki niedługo po tym, gdy cały ten obszar się zamienił w gigantyczne bagno.

Konkurenci, oficjałowie i dziennikarze zmierzali 5-tego i 6-tego grudnia ku nocnemu obozowi nad rzeką Sg Terong, który usytuowany jest tuż przy wejściu do sekcji tradycyjnie zwanej ''Predator'' (''drapieżnik'') oraz ''Twilight Zone'' (''strefa zmierzchu''), na dwa kolejne SS-y.
Deszcz padał nieustannie, robiąc z łatwo przejezdnych szlaków błotne pływalnie. Był to najwspanialszy moment dla tych, którzy przyjechali z odpowiednim wyposażeniem - okazja życia, wręcz. Dziesiątki, jeśli nie setki godzin poświęconych przygotowaniom wydawały się teraz czymś całkiem logicznym, gdyż stali u progu prawdziwej przygody 4x4, doznania niemalże typu 'życie albo śmierć'. Przy tym ciągłym, dżdżystym tropikalnym deszczu 24 z 46 załóg, które startowały w Prologu podążało teraz w kierunku Predatora i Twilight Zone.
Poziom trudności wzrastał i zmusił mnie do pożegnania się ze swoim Pajero prasowym, gdyż pojazdy przeznaczone dla mediów nie były wystarczająco zmodyfikowane do pokonania terenu. Szlak wiodący przez Twilight Zone jest strasznie trudny i nawet podczas suchego sezonu, kiedy warunki terenowe są prawie idealne, jest przeznaczony tylko dla profesjonalistów. Nie trzeba więc nawet mówić, że owiele gorzej jest w sezonie deszczowym, kiedy ze względu na gęste błoto trakcja na nim jest prawie zerowa. Bez względu na ilość blokad, w którą pojazd jest wyposażony rusza się tylko dzięki operowaniu wyciągarką przez ko-pilota. Nazwy niektórych z przeszkód w Twilight Zone - jak np ''Tokyo Bridge'' (''most Tokio''), ''Scorpion Sting'' (''żądło skorpiona'') lub ''Terminator Hill'' (''wzgórze Terminator'') - biorą się z szacunku dla trudności, jakiej stanowią dla zawodników.

Proszę sobie wyobrazić te miejsca zalane wodą i pokryte błotem. W takich warunkach nawet samo stanie na nogach lub przejście parę kroków jest wyczerpującym zadaniem - fizycznie, jak i psychicznie. Staje się ono nawet trudniejsze kiedy jedzie się samochodem, choćby nie wiem jak zmodyfikowana była maszyna zawodników, i jak wykwalifikowana załoga. Ale pomimo olbrzymich trudności technicznych zawodnicy i dziennikarze nie zapadali w rozpacz. Emocje wzrastały w miarę zbliżania się potężnego wyzwania. Ale odwaga i śmiałość duszy w tym roku nie wystarczyły. Na pewnym etapie kilku marszałków - razem z dziennikarzami takimi, jak ja - szło 20 km do góry na piechotę przez Predator i Twilight Zone, przed konkurentami. Ich postęp niestety został nagle wstrzymany przez rzekę Pelaggong, ponieważ poziom jej wód wzrósł o 5 m, i wciąż się dalej podnosił.

Zapada chłód

Gdy zaczęło się ciemno robić, temperatura spadła. Używając maczet spróbowaliśmy sobie z łodyg bambusa i liści bananowych zbudować żałosny szałasik, by się jakoś schronić, ale wysiłki nasze okazały się daremne. Nigdy nie zapomnę ilości wody zewsząd spływającej i padajacej, w tym przenikającej przez liście bananowe nad naszymi głowami. Sprawdzaliśmy co jakiś czas wzrastający poziom rzeki przed nami, przy pomocy latarki. Po bezsennej nocy stało się oczywiste, że przejście przez rzekę jest niemożliwe. Organizatorzy nie mieli żadnej alternatywy oprócz podjęcia decyzji, żebyśmy wszyscy zawrócili - znowu 20 km. na nogach dla pieszych.
I w takiej sytuacji żeśmy się znajdywali... dziennikarze z czterech różnych kontynentów, mizernie wyglądający, idący - czy raczej kicający - przez to błoto, dzielący się jedzeniem i pomagający sobie na wzajem przy wyszukiwaniu i zabijaniu krwiożerczych pijawek. Tych ostatnich były miliony - napadające nas, łażące po naszych nogach i zeskakujące nam na głowy ze wszystkich stron. Zastanawia się przy tym człowiek, czym one się żywią kiedy nie ma dziennikarzy w pobliżu? Ja w końcu zrezygnowałem po prostu ze zwalczania pijawek, i pozwalałem im się nakarmić do syta; one wówczas same odpadały ze mnie szczęśliwie na ziemię.
Docierając spowrotem do obozu bazowego tuż przed zapadnięciem zmroku uświadomiliśmy sobie, że wszystkie samochody prasowe już zaczęły wybywać z dżungli. Jedyny sposób wyjścia dla nas to jeszcze więcej człapania przez błoto. Wyczerpany, trzęsący się z zimna i przy akompaniamencie huku apokaliptycznego deszczu zaśnięcie w siedzeniu pasażerowym pickupu jednego z oficjeli było dla mnie wielką ulgą.
Wyglądało na to, że impreza uległa transformacji i nie była już 'tylko' konkurencją z prawidłowo oznaczonymi SS-ami i właściwymi sędziami, lecz istną walką o przetrwanie.

W ósmy dzień grudnia już podjęto decyzję, żeby wszystkich wyewakuować do świeżo urządzonego centrum ewakuacyjnego w miejscowości Laloh. Teraz już wszystkie drogi asfaltowe oraz szlaki były zalane i nie do przejścia, chyba że dla łodzi ratunkowych lub helikopterów - i wielka ulewa nadal trwała. Każde małe zbocze czy strumyczek wody stał się ogromną przeszkodą. Dla samochodów, każdy metr do przodu był osiągnięciem wymagającym intensywnej pracy, głównie ze strony ko-pilota i wyciągarki. Był to wyścig z czasem, deszczem i wzrastającym poziomem wód. Ale najsilniejszą motywacją dla konkurujących ze sobą ekip była perspektywa, że mogą zostać zmuszeni do zostawienia swoich pojazdów, ugrzęźniętych w błocie i zalanych do czasu, kiedy ich odzyskanie będzie możliwe, co może potrwać dość długo.
Po drugiej nocy spędzonej w tych 'luksusowych' warunkach kontynuowaliśmy wszyscy na nogach, podążając w kierunku najbliższej wioski, która była miejscem spotkania z łodziami ratowniczymi, które wysłały po nas Brygada Pożarniczo-Ratunkowa i Policja. Po 14-tu kilometrach ślizgania się po błocie nareszcie dotarliśmy do grupy samochodów prasowych. Będąc przygotowany przeżyć kolejną noc zmoknięcia i bezsenności miałem na tyle szczęścia, żeby znaleźć wolne miejsce w jednym z nich. Z nadejściem świtu przejechaliśmy - czy raczej 'przepłynęliśmy' - przez szereg zabłoconych rzek i ryzykownych mostów z bali, aż wreszcie dotarliśmy do łodzi ratunkowych. Po kolejnych dwóch godzinach i 32 km w łodziach wylądowaliśmy nareszcie na solidnej ziemi przy centrum ewakuacyjnym i powróciliśmy do cywilizacji. Gdy skończyli się nami opiekować medycznie (głównie z powodu ukąszeń od pijawek i spuchniętych stop) odesłano nas do hotelu, po czym nadszedł czas na powrót do Kuala Lumpuru - po jakże zasłużonej nocy pożądnego snu - i na to, żeby każdy z nas poleciał do domu.

Stan alarmowy

W dniu 10-tego grudnia deszcz dalej padał, a jedna grupa oficjeli i przedstawicieli mediów nadal pozostawała głęboko w dżungli. Władze Malezyjskie ogłosiły stan alarmowy i postanowiły wyewakuować wszystkich mieszkańców kilku wiosek, a 12-tego ostatni z uczestników RFC musieli zostawić swoje pojazdy w zalanej dżungli. Była to ciężka, smutna scena dla wszystkich. Pomimo skomplikowanych problemów logistycznych, kontynuowano operację ratowania pojazdów. Uratowano wreszcie 88 pojazdów, ale z nadejściem 15-tego grudnia kilka samochodów tam jeszcze zostało.

Po moim piątym z kolei uczestnictwie w RFC, zwycięstwo puszczy deszczowej i monsunu nad ludzkimi ekipami udowodniło wszystkim, kto tu naprawdę rządzi. Choćby nie wiem jacy zdolni byli ludzie - nawet przy pomocy dalece zmodyfikowanych pojazdów 4x4 - Matka Natura zadecydowała, że nie będą mieli innej opcji, jak pozostawienie swoich ukochanych pojazdów w dżungli. Może to się wydawać katastrofą dla tych, którzy przygotowali swoje samochody nakładem sporej ilości czasu i pieniędzy, ale ku mojemu zdziwieniu załogi wyszły z tej przygody z uśmiechami na twarzy. Jak powiedział jeden z konkurentów z Australii: ''Byliśmy w pełni świadomi, że przyjechaliśmy uczestniczyć w imprezie sportowej podczas sezonu monsunów. Nie da się zapanować nad Matką Naturą, i to jest również źródłem jej piękna. Z jednej strony szkoda było zakończyć imprezę w taki sposób, po tylu przygotowywania się - ale z drugiej doznaliśmy przygodę życia. Wiedziałem od początku, że gdy wybierasz się na tego rodzaju wyprawę musisz się spodziewać ewentualności bycia zmuszonym w chwili niebezpieczeństwa do pozostawienia swojego samochodu daleko za sobą, w głębolim błocie. Ale w końcu myśmy pojechali w las po to, żeby przeżyć przygodę, a nie na SS-y, i była to rzeczywiście przygoda!''

Ludmilla Stiebner

Ben Yanay

Opisy do zdjęć z artykułu:
strona 60:

- Polski Range Rover pod dowództwem Piotra Kowala i Włodzimierza Babicza, pokazujący swoje znakomite umiejętności w Prologu. To ich trzecie uczestnictwo w RFC (poprzednio w 2001 i 2004, za każdym razem zajęli 9-te miejsce).
strona 61:

- Górne z prawej: Duńska załoga Christian Nauta i Soren Bach, ze swoją 110-tką przy starcie.

- Powyżej z prawej: Prolog jest dla przyjemności fanów off-roadu oraz tych przedstawicieli mediów, którzy nie mogą z nami pojechać dalej w dżuglę.

- Wkładka: Davio Neri i Marco Martinuzzi uszli cali, ale dach zmiażdżony.
strona 62:

- Górne z lewej: Polski Range Rover z wybitą szybą przednią po dachowaniu w strefie Predator.

- Powyżej z lewej: Nawet 'zwykłe' szlaki stały się rzekami błota.

- Wkładka: Załoga 153 z Chin postawia swojego Asia Rocsta na tyle podczas Prologu.

- Powyżej z prawej: Członek chińskiego teamu na ostatnim moście drewnianym przed dotarciem do łodzi ratunkowych.
strona 63:

- Górne z prawej: Hu Xia Hui, ko-pilot jednej z chińskich załóg, miał zakrwawioną nogę po napadzie pijawek.

- Powyżej na środku: Oficjel RFC odpoczywa z maczetą w ręku, po naprawieniu drewnianego mostu.

- Powyżej z lewej: RFC jest imprezą kompletnie przemokniętą nawet w normalnych warunkach, i pojazdy muszą być ziemno-wodne.

- Powyżej z prawej: Polska para małżeńska Marek i Agnieszka Janaszkiewicz w swojej czerwonej 110-tce.

Ruthless Rainforest - zobacz artykuł