Efekt domina. Koronawirus uderza w motoryzację

Koronawirus daje się we znaki giełdom i światowej gospodarce, a jedną z branż, która najmocniej cierpi wskutek rozprzestrzeniającej się epidemii, jest uzależniona od chińskich podwykonawców motoryzacja. Kłopoty z przerwanym łańcuchem dostaw spotkały między innymi Jaguara Land Rovera, który do swoich fabryk w Wielkiej Brytanii zaczął sprowadzać z Chin brakujące części... w walizkach.


Z linii montażowych trzech fabryk JLR znajdujących się w Wielkiej Brytanii zjeżdża rocznie 400 tysięcy aut. Ocenia się, że każdy samochód składa się z 30 tysięcy części, których wytwarzaniem zajmuje się sieć rozsianych po całym świecie podwykonawców. Gdy zabraknie kilku kluczowych podzespołów, proces produkcji zatrzymuje się. W połowie lutego Ralf Speth, dyrektor generalny JLR deklarował, że jego firma ma zapas części na kolejne dwa tygodnie, jednak z początkiem marca przewiduje już braki w magazynie. Niektóre podzespoły jego pracownicy już przywożą w bagażu lotniczym. Na liście 38 elementów sprowadzanych z Chin znajdują się między innymi piloty do otwierania drzwi.

Krytyczny okres, w którym chińskie fabryki były zamknięte z obawy przed koronawirusem, podobno jest już za nami i przemysł znów nabiera wiatru w żagle. Przestój na pewno wpłynie jednak na wyniki finansowe JLR-a, który po okresie recesji w Chinach zaczął wychodzić już na prostą. Sprzedaż samochodów w najludniejszym państwie świata w ostatnim czasie drastycznie jednak spadła, ponieważ klienci woleli zostać w domach.

Nie tylko Jaguar Land Rover mierzy się z kryzysem związanym z prawdopodobieństwem wystąpienia pandemii. Z powodu braku części pracę musiała wstrzymać między innymi serbska fabryka Fiata, w której montowany jest Fiat 500L.