Eurotrophy 2005 - I eliminacja - General Tire AEZ Challenge KCS 4x4 Offroad Tage 25 - 27 III 2005

Rajd z jednym (1) OS-em.
Taką właśnie ilość odcinków specjalnych zawierała impreza General Tire AEZ Challenge KCS 4x4 Offroad, partycypująca w Pucharze Eurotrophy 2005.

Po kolei wyglądało to tak.
Dojeżdżając do południowego krańca jeziora Balaton, skręciliśmy na północny zachód, mając do pokonania jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do miejsca zbiórki ludzi zainteresowanych katowaniem swoich pojazdów. Mijany po drodze krajobraz był bardzo "przyjazny" jeździe terenowej. Niskie, lecz strome wzgórza, obrośnięte głównie buczyną, o tej porze jeszcze nagie, bez liści. Trawersy, szerokie na ile się chce, na przykład na 100 metrów, tak samo stoki wzgórz, z karkołomnymi kątami nachylenia. Byliśmy zachwyceni - nie będzie korków. Jak ktoś potrafi pokonać próbę szybciej, to na pewno będzie mógł objechać wolniejszego zawodnika. Korek na trasie to zmora każdego rajdu.

W umiarkowanie urokliwej dolince zebrane około 100 samochodów. Tam także jest ustawiony prolog. Rejestracja, naklejki, pobieżne badanie techniczne i start do prologu, który swoim ukształtowaniem zdaje się potwierdzać, że nie będzie to rajd łatwy. Prolog jest po prostu super! Start z garbu ziemnego, do dołu z błotem, w lewo na następny garb, z niego troszkę ryzykując wywrotkę w następną dziurę zakończoną podjazdem. Dotąd dało się jechać na kołach (przynajmniej pierwsi zawodnicy). Dalej 4-5 metrowa ścianka z obowiązkowym winchem, po płaskim do góry, nawrotka, dwa strome zjazdy, zakręt w lewo, nawijka w prawo na drzewie i meta. Niektórym załogom przejazd tego krótkiego odcinka zabrał nawet 20 minut, najkrótszy czas - około 5 minut (Mucha/Gwizdowski).

Około 20 wyjazd na odcinek nocny, mający liczyć około 30 kilometrów. Najlepsi pokonywali tą trasę w półtorej godziny, kręcąc się w kółko po leśnych duktach. Widziałem na GPS-ie, że w niektórych miejscach byliśmy po 3-4 razy. Po drodze nie było żadnej próby, nigdzie potrzeby użycia wyciągarki, asekuracji. Drogi dość rozmokłe, do przejechania na każdych 33-calowych oponach MT. Dużo bardzo ciasnych skrętów, po 120 stopni. Większość zawodników gna na złamanie karku, ledwo chyba nadążając przewracać kartki roadbooka, który jest, z jednym wyjątkiem, bezbłędny. Szybkość niedostosowana do bystrości pilota, skutkuje błądzeniem i omijaniem pieczątek. Są przymocowane na małej niebieskiej tabliczce, nie oznaczone w roadbooku. Taryfa za brak takowej - 50 minut. W przypadku kilku załóg wygląda to tak: czas przejazdu około 80 minut (a wiec lepszy od najlepszych - Polowiec/Przybyłowski) + taryfa = wynik w 2 połowie stawki. Pouczające. O 21.30 jesteśmy już w bazie, skąd jedziemy zanocować w obskurnym lecz drogim hotelu. Tam następują wesołe pieśni i brzęk pucharów.

Rano 9.00 start na odcinek dzienny, który ma być podzielony na pół przerwą serwisowo-odpoczynkową. Nie napotykając żadnych trudności terenowych, jedziemy sobie po takich samych (często tych samych) dróżkach, co wczoraj wieczorem. Miny mamy pogodne do momentu, gdy od wyjazdu z lasu na drogi wśród szachownicy pól, roadbook przestaje się zgadzać kompletnie. Jest to niezgodność odległości, zaś obrazki dają się dopasować do topografii paru następujących po sobie miejsc. Po kilkunastu minutach w okolicy kręci się około 15-20 aut, szukających drogi. Prawie nie znając niemieckiego i tak rozumiem klątwy dochodzące z wnętrz samochodów. W końcu jednak obrazki pasują, podążamy za nimi, odetchnąwszy. Napotkany Robert Mucha z Pięknym Markiem twierdzą, że z obrazka nr 32 przeskoczyli na obrazek 90 i zgadza im się. Niezły skok. Za chwilę roadbook przestaje pasować po raz drugi. Tym razem sytuacja wygląda gorzej, niż poprzednio. Na 40 metrze ma być droga w prawo - nie ma jej śladu. Natomiast jest droga na 60, 80, 120 metrze. Żadna z nich nie jest właściwa. Sceneria: skraj lasu w którym trwa aktualnie zwózka drewna; mimo świąt kręcą się robotnicy leśni. Obszar jest pocięty dziesiątkami dróg, prowadzących w różne strony. Około 30 aut z obu grup, szukających tej właściwej pęta się po lesie i ściernisku. My zdaliśmy się na łut szczęścia i w końcu trafiliśmy po trzech wielkich drzewach na wzgórzu, na odpowiednią kratkę notatek nawigacyjnych. Odpowiadały im trzy kropki w intinererze, przy jakimś obrazku, gdzieś na innej stronie. Po kilku kilometrach, następuje odcinek specjalny. Jest to JEDYNA PRÓBA PRZEJAZDU NA TYM RAJDZIE. Wygląda tak: pod drogą wjazd w wybetonowany przepust wodny. Utwardzenie się kończy, woda jest trochę głębsza. Wyjazd w prawo na wyciągarce, nie dłuższy niż 3 metry. Kilka metrów dalej przejazd w poprzek przepustu, w tym miejscu szerokiego na 4 metry. Garb, po którym trzeba było przejechać obok malutkiego bajorka, uważając, aby doń nie wpaść, 15-metrowe torfowisko, pieczątka na zakończenie. Jeszcze kilka obrazków meta pierwszego odcinka dziennego. Jest godzina 12 z minutami. Następuje obowiązkowy postój, który zamienia się w koniec rajdu. Okazuje się, że policja i służby leśne "najechały" organizatora, cofając pozwolenia i nakazując zakończenie imprezy. Oficjalny powód tej kuriozalnej sytuacji - zanieczyszczanie dróg publicznych błotem, co jest bzdurą. Rajd przez drogi publiczne nie prowadził. Więc chodzi o coś innego, nie wiadomo o co. Aktualna kolejność staje się finalną klasyfikacją rajdu. Zakończenie z rozdaniem nagród: Wojtek Polowiec ze Szwagrem jako pilotem wygrywają, prowadząc równo od początku do końca, za sprawą Szwagrowego "nosa charta" oraz sprawnej i równej jazdy Wojtka. Za to odczuwam wobec nich niekłamane uznanie. Pod wieczór z dolinki znika stopniowo tło festynu: trzyosiowe Mann-y, Unimogi, ciężarowe mercedesy 123 i wreszcie ci najbiedniejsi, którzy skromnie ciągną lawetę za długą Gelendą G500 AMG (kompletna gołota: 400CDI).

Przekrój narodowy: na 92 załogi, 8 polskich, 1 węgierska, reszta to Niemcy i Austriacy. Wszystkie wydarzenia rozpoczynały się punktualnie, ten aspekt organizacji był dobry, szczególnie przy słusznej ilości zawodników, sędziowanie bez zarzutu. Długość trasy: 30+60 km, ilość prób przejazdu: 1 (curiosum). Podkreślam: mnóstwo fantastycznego terenu rajdowego dookoła. Muszę przyznać, że takiego rajdu jeszcze nie widziałem. Ocenę imprezy pozostawiam czytelnikowi powyższego tekstu. Kto był, ten wie, kto nie był, niech się dowie.

Łukasz Stachura - uczestnik

Komentarz współorganizatora cyklu imprez Eurotrophy:
Rajdy organizowane pod szyldem austriackiego klubu KCS cieszyły się do tej pory zasłużenie dobra opinią. Potwierdzało się to wielokrotnie w relacjach polskich załóg uczestniczących w poprzednich edycjach. Ostatnia 23 edycja rajdu, będąca jednocześnie I eliminacją Eurotrophy zawiodła oczekiwania uczestników klasy sportowej. Trudno powiedzieć co było przyczyną skrócenia trasy rajdu, jednak biorąc pod uwagę doświadczenie oraganizatorów należy przypuszczać, że wina nie leżała całkowicie po ich stronie.
Aktualne europejskie unormowania dotyczące ochrony środowiska spiętrzyły przed organizatorami wiele trudności, co widać też doskonale w Polsce.
W ramach podjętych ustaleń cyklu Eurotrophy organizatorzy zobowiązali się w przyszłości do wzajemnej kontroli tras poszczególnych eliminacji i pomocy organizacyjnej, tak aby w przyszłości uniknąć podobnych problemów. Jestem pewien, że idea Eurotrophy rozpoczęta w tym roku dzięki dużemu wysiłkowi wielu osób, zostanie tak dopracowana, że oprócz możliwości zmierzenia się z europejską czołówką, każdy skatuje żelazo w stopniu dającym odpowiednią satysfakcję.

Piotr Kowal


Galeria - 114 zdjęć