I Runda Pucharu Polski 2004 - "Żelazna Trophy 4x4" 16-18 IV 2004

Już w czwartek zjechało się towarzystwo nigdy nie widziane w komplecie, czyli krajowa czołówka off-roadu przeprawowgo, co już na początku podnosiło właściwie ciśnienie.

Ośrodek Lasów Państwowych w Malinówce jest położony bezpośrednio przy jeziorze w lesie i prezentuje przyzwoity standard optyczny. Niestety nie pomieścił wszystkich uczestników, co spowodowało rozłożenie grupy na mniejsze opcje integracyjne. Dodatkowo nocleg u innego gospodarza kosztował 35 zł, co nie przeszkadzało organizatorom pobierać 70 zł w kasie.

Osobna sprawa to "wyżywienie" za 40 zł dziennie/osoba, (w tamtym rejonie to spora kwota) z jadłospisem, ilościami i walorami smakowymi sprawdzonymi podczas stanu wojennego w ośrodku wczasowym PKP (byłem). Jak któs podjął bułkę z plasterkiem parówkowej, 0.25 wody niegazowanej i jabłko Jonagold (tzw prowiant suchy) to obiadu już nie dostał nawet jak mu prowiant wypłynął na pierwszej próbie. Żenada, za którą stoi chciwość leśników lub organizatorów. Chytry dwa razy traci, bo widząc co się dzieje frekwencja na bankiecie spadła, a kasa zwróciła za bilety. Całospalenie kuchni było kwestią impulsu. Restauracje w Ełku zarobiły. Ktoś kto wydaje dziesiątki tysięcy na sprzęt do zabawy nie chce być traktowany jak łosiu do orżnięcia na 40 złotych.

Ognisko integracyjne w czwartek odbyło się zgodnie z rozkładem, niestety szybko brakło piwa bezpłatnego, płatnego nie dowieźli. Był bigos niezły, bezpłatny, ale na końcu zimny. Zrywka o 7:00 następnego dnia na tzw. badanie techniczne okazała się fiaskiem totalnym, bo plombowanie kart rozpoczęto ok. 9:30. Kto się wyspał to jego.

Start do prologu odbywał się w kolejności dowolnej, pomieszanej dodatkowo z grupą turystyczną tutaj nazywaną adventure. Stan trasy krótkiej leśnej próby jechanej na czas zmieniał się po każdym przejeździe miejscami na lepsze, miejscami na gorsze. Sprawdzonym na innych imprezach rozwiązaniem jest losowanie kolejności startu do prologu.

Adventure jechał na zmianę z grupą extrem tą samą trasą, więc wtopy były zakrojone na szeroką skalę. Widać było ogólny brak entuzjazmu w tej grupie.

Start do trasy tzw. nocnej odbył się o godz.18:30 w grupie extrem. W miarę sensownie napisane notatki z raczej nielicznymi błędami, nie powodowały niepotrzebnych napięć na trasie. Niestety próby, poza jedną z trawersami były ogólnie monotematyczne i zmuszały pilota do brodzenia w gównie po uszy, a kierowcę do siedzenia w tym samym gównie po pas. Od pierwszej próby do ostatniej. Taka uroda można powiedzieć ekstremu, ale od organizatora doświadczonego można wymagać więcej, zwłaszcza w klasie top. Liczyły się głównie zwolnice, nieprzemakalny silnik i wyciągarka wyciągająca korzenie z bagna pod autem, a nie technika jazdy.

Wracając do pierwszej próby, zatrzymała ona od razu czołówkę, próba trudna i głęboka, max. na trzy auta jednocześnie, niepotrzebnie na początku, bo korek. Wymagała od pilota przejścia całości miejscami po szyję, kto tego nie zrobił niespodzianka gwarantowana. Ciekawostką na próbach bagnistych był fakt, że w zeszłym roku były one już forsowane przy okazji wcześniejszej imprezy, więc dno poruszone.Na nogach do pasa, a samochodem pół metra głębiej.

Suma błędów kierowcy i pilota oraz nieszczęśliwego zbiegu okoliczności spowodowała skuteczne utopienie na tej próbie Tomcata Marka Budnera ze zgaszonym silnikiem na głębokości 1,5 m. Wojtek Polowiec broniący mistrzowskiego tytułu z zeszłego roku pomógł wyciągnąc Tomcata z opresji, tracąc być może szansę na drugie miejsce w klasyfikacji. Zawsze ceniłem sobie ściganie się w czołówce ze względu na walkę fair i wzajemną pomoc, niestety nie wszyscy do tego dorastają.

Wątpliwym pocieszeniem jest fakt, że nie był to jedyny samochód za znakiem LR który zakończył jazdę na pierwszej próbie (wybuch instalacji), chociaż u załogi Budner/Mucha bardziej brakło woli walki niż sprzętu, który po osuszeniu chciał jechać dalej.

Na zakończenie ognisko zamiast bankietu, jeden dziko-świniak został obrany do kości w szybkim tempie, dla spóźnionych zabrakło.

Reasumując całość, nieźle, ale mogło być lepiej zwłaszcza w dziedzinie techniki jazdy. Porażka w temacie wyżywienia zbiorowego. Pochwalić należy znakomitą opiekę medyczną w wykonaniu Olka Wnuka i jego chłopaków w oparciu o jedynie słusznej marki karetkę, która naprawdę miała co robić.

Podziękowania dla Kylona za notatki zapasowe, Alberta za śrubkę, Tatki za refleks i dla Darka Luberdy za znakomitą walkę na trasie.

Piotr Kowal


Galeria - 212 zdjęć