Mariusz Osocha – na dobre i na złe z Range Roverem P38

– Range Rover P38 to jeden z nielicznych samochodów na świecie, który bez trudu poradzi sobie z terenowym dojazdem do ulokowanego w górach masztu telefonii komórkowej, a po zakończonej pracy wskoczy na autostradę i pomknie z zawrotną prędkością do domu – mówi Mariusz Osocha, szef firmy specjalizującej się w naprawach i rozbudowie infrastruktury telekomunikacyjnej, który na potwierdzenie słów pokazuje stan licznika w swoim aucie. Dwanaście wspólnie spędzonych lat i blisko 600 tysięcy przejechanych kilometrów dowodzą, że mylić się nie może!


Mimo 20 lat w metryce i 600 tys. km na liczniku Range Rover P38 dzielnie towarzyszy panu Mariuszowi Ososze zarówno w życiu prywatnym, jak i podczas pracy w terenie.

Mariusz Osocha równie mocno lubi wykonywaną przez siebie pracę, której domeną są specjalistyczne usługi wysokościowe, jak i swoje liczne hobby: górskie wspinaczki, dalekie podróże i skoki ze spadochronem. W każdym aspekcie życia jego nieodłączonym towarzyszem jest Range Rover P38 z silnikiem 4.6 V8, z którym – pomimo 20 lat wpisanych w dowodzie rejestracyjnym – nie myśli się rozstawać!

– „Rendż” uchodzi już za kultową maszynę zarówno wśród moich pracowników, jak i kontrahentów – uśmiecha się z dumą właściciel auta. – Nieraz zdarzyło nam się otrzymać kontrakt właśnie dzięki niemu. Wszyscy wiedzą, że stanowi gwarancję realizacji zadania i dotrze w miejsca, które dla innych pojazdów są nieosiągalne. Konkurencyjne firmy często wycofują się, słysząc, że zlecenie dotyczy na przykład masztu ulokowanego z dala od dróg, na szczycie góry, ale nam w to graj! Z przyczepką, czasem bez tylnej kanapy, bo w środku musimy pomieścić narzędzia i części zamienne anteny, zapinam reduktor i ruszamy do pracy.


„Roboczego” Range Rovera co rusz spotkać można w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, a nawet w Tatrach i Bieszczadach, gdzie obsługuje stacje telefonii komórkowych.

„Roboczego” Range Rovera co rusz spotkać można w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, a nawet w Tatrach i Bieszczadach. Nieraz podjeżdżał na Turbacz, wspinał się po stokach narciarskich (np. na Skrzyczne) i zjeżdżał po skutych lodem drogach z koleinami, które pozostawiły po sobie maszyny drwali. Co ciekawe, auto jest w pełni seryjne, nie ma podniesionego zawieszenia i porusza się na ogumieniu drogowym (tylko w okresie zimowym korzysta z opon typu Mud+Snow; All-Terrainy zmniejszałyby już komfort jazdy po autostradzie). Jego jedyną asekuracją na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń jest – z rzadka wykorzystywana – przenośna wyciągarka elektryczna marki Britpart o uciągu 3 ton, którą można zapiąć z przodu auta lub założyć na haku holowniczym. Częściej w sytuacjach „podbramkowych” przydaje się zwykła łopata oraz sprężyste liny nylonowe, a czasem... zwykłe „trytytki”, z których można upleść prowizoryczne łańcuchy śniegowe. Dużą zaletę stanowi regulowana wysokość zawieszenia pozwalająca w terenie brodzić w głębokiej wodzie, a na drodze przykleić się do asfaltu przy większych prędkościach. Bardzo przydatny jest także system kontroli zjazdu, który po załączeniu zmniejsza prawdopodobieństwo wpadnięcia w poślizg, co przy aucie ważącym 2,5 tony ma niebagatelne znaczenie.

– Przygód w terenie przeżyliśmy bez liku! – opowiada Mariusz Osocha. – Raz w środku zimy podjeżdżałem po zamarzniętej brei aż pod schronisko Turbacz, dokąd docierały wówczas tylko skutery śnieżne. Wypakowany po dach Range Rover holujący na dodatek przyczepkę zaparkował... nad dwumetrowym ogrodzeniem stacji telefonii komórkowej, które w całości schowało się pod śniegiem. Pamiętam, że zaimponowaliśmy wówczas nie tylko zaprawionemu w zimowych bojach personelowi schroniska, ale wzbudziliśmy też uznanie GOPR-owców, którzy żartowali, że nie zdziwią się, jeśli po naszych śladach przyjedzie za chwilę... „Rudy 102”.


Dzielny Rendż budzi podziw nawet GOPR-owców i strażników granicznych, którym nieraz wspierał w tarapatach.

Operujący w górach Range Rover nieraz miał okazję pomagać innym samochodom znajdującym się w opałach (na przykład Defenderowi bieszczadzkich strażników granicznych, którzy ugrzęźli w błocie), ale czasem – to naturalne – również sam wymagał wsparcia. Pewnego razu utknął na zasypanym śniegiem gałęziowisku i konieczne było wezwanie „Dzika” należącego do drwali, który pozwolił mu wydostać się z pułapki. Nikt inny nie miał odwagi, by zapuścić się w te rejony... Czasem pomoc bywa obopólna – ciągnik, który kiedyś wyratował Range Rovera z błota, po chwili sam tkwił po osie w brei, a wtedy role się odwróciły i wyciągnięty wyciągnął wyciągającego!

Range Rover czasem z konieczności sam staje się narzędziem pracy. Bywa, że służy za wyciągarkę podczas prac na wieżach, gdy konieczność zabrania tylko niezbędnych materiałów zawęża przestrzeń załadunku i nie pozwala skorzystać ze standardowej wyciągarki budowlanej. Jej rolę przejmuje wówczas system lin i bloczków podpiętych do auta, dzięki którym ciężkie elementy posłusznie lądują na szczycie obiektu. Zawieszenie pneumatyczne (choć zdaniem właściciela auta to najbardziej „czuły” system w P38) służy czasem za... podnośnik – wystarczy podjechać autem pod element konstrukcyjny, opuścić się na minimum, a następnie unieść go na kilkanaście centymetrów.


RR P38 to jeden z nielicznych samochodów na świecie, który prosto z ciężkiego terenu może wyjechać na autostradę i pomknąć do domu, zapewniając swym pasażerom wysoki komfort podróżowania

Mimo to Range Rovera P38 trudno nazwać typowym „wołem roboczym”. Niewiele osób spodziewa się, iż w takiej z pozoru ciężkiej i kanciastej bryle ulepionej z aluminium i stali drzemie tyle finezji i lekkości w postaci wysokiej klasy nagłośnienia Harmon-Kardan, które cichnie w głębokich górach, gdzie trudno uchwycić stacje radiowe, ale wówczas rozkosz sprawia dźwięk V-ósemki miarowo szemrzącej pod maską, zmieniającej barwę w zależności od trudności podjazdów. Podgrzewane przednie fotele sprawiają, iż po zakończonej pracy w temperaturze minus 10 stopni Celsjusza i wietrze smagającym śniegiem po twarzy w kilka chwil można rozgrzać się, unikając odmrożeń i zbytniego wychłodzenia organizmu. Przed 10 laty istotnym atrybutem auta był również wbudowany system nawigacji terenowej, który po wprowadzeniu koordynatów pozwalał jak po sznurku dotrzeć w miejsca „niewidoczne” dla większość nawigacji. Dziś, po ofensywie nowoczesnych smartfonów, jego znaczenie już trochę zmalało.


W czasie dalekich wypraw wysokogórskich Mariusz Osocha bezwiednie wypatruje wzrokiem charakterystycznych kształtów Land Rovera. W drodze na Aconcaguę wspierał go transportowy Defender.


Praca w terenie pełna jest niebezpieczeństw i wyzwań, ale poważniejsze awarie póki co – odpukać! – omijają zaprawionego w bojach wiarusa. Mniejszych czasem trudno uniknąć, jak choćby wtedy, gdy z rozgrzanymi od hamowania tarczami zanurzył się kiedyś w zimnej wodzie potoku (przejeżdżając rwącą rzekę o głębokości 80 centymetrów, w której masa 2,5 tony nie pozwoliła utracić kontaktu z dnem rzeki), co spowodowało ich odkształcenie. Wystarczyło jednak odwiedzić okolicznego tokarza, by móc kontynuować powrót do domu.

Range Roverowi udało się już raz spłacić dług wdzięczności swemu właścicielowi za kilkanaście lat pokładanego w nim zaufania. Podczas nocnego powrotu zimą po nieodśnieżonej szosie z drogi podporządkowanej przed jego maskę wyskoczył (zawiany nieco) rowerzysta. Szybki manewr kierownicą zapobiegł tragedii, ale ustawione w poprzek auto wymknęło się już spod kontroli i sunęło w poślizgu, kasując przydrożne słupki, znaki, aż wreszcie przewracając betonowy słup elektryczny. Zatrzymało się w rowie, opadając na odbojniki.

– Żaden samochód by tego nie wytrzymał! – mówi z podziwem w głosie Mariusz Osocha. – Tymczasem „Rendż” wyglądał na lekko poobijanego, a jego pasażerowie byli cali i zdrowi. Po załączeniu reduktora wyskoczył z zaspy śnieżnej niczym feniks z popiołów, a po naprawie zaczepów zawieszenia mógł bez problemu kontynuować jazdę. To utwierdziło mnie w przekonaniu o jego wyjątkowości i w przeświadczeniu, że nigdy go nie sprzedam. To auto, które zapewnia bezpieczeństwo, komfort i pewność dotarcia do celu. Z racji jego wieku nie żal mi go również eksploatować w terenie, czego zapewne unikałbym, jeżdżąc nowym, znacznie droższym autem.

W parze z off-roadowymi możliwościami Range Rovera idą umiejętności kierowcy, które Mariusz Osocha nabył, służąc zawodowo w wojskach powietrzno-desantowych, a następnie przez wiele lat praktykując w terenie.

– Zaczynałem od Honkerów i była to prawdziwa szkoła życia... – wspomina. – P38 bije je na głowę, ale zasady poruszania się po bezdrożach pozostały te same. Doświadczenia z roku na rok przybywało, tym bardziej że nieraz w pracy zaskakiwała nas nagła zmiana pogody. Na górę wyjeżdżaliśmy po suchym, a nagła ulewa czy śnieżyca sprawiała, że wracaliśmy już po mokrej glinie. Czasem praktyka jest cenniejsza niż napęd na cztery koła. Pamiętam, że po rozpoczęciu nowej pracy musiałem podjechać wyładowanym Polonezem pick-up na Tokarnię. Poradziliśmy sobie nawet w tych miejscach, w których zawracały terenówki!


Gdy zachodzi potrzeba, Range Rover zamienia się w pakowny wóz dostawczy.

Range Rover P38 okazał się idealnym partnerem dla emerytowanego komandosa, który przywykł do ekstremalnych wyzwań i nawet – jak mawia żartem – mieszka „na górze” (a tak naprawdę w miejscowości... Góra Motyczna). Działalność zawodowa oraz hobby w postaci wspinaczki i skoków ze spadochronem (przykładowy weekend pana Mariusza to sobotnie skoki w Nowym Targu i niedzielna wspinaczka w szybkim tempie „Granią Marina” na Gerlach) wymagały dzielnego auta o dużych możliwościach terenowych, a jednocześnie komfortowego na długich trasach i... pojemnego. Legendą już obrósł jego wyczyn, jakim było wywiezienie na szczyt góry pięciu osób wyekwipowanych w po dwa spadochrony dla każdego. Zapas zabieranego na pokład paliwa (80 litrów gazu oraz 100 litrów benzyny) pozwala swobodnie dotrzeć w każde miejsce w Tatrach polskich i słowackich, a także pokonać znaczną część trasy w Alpy. Zaletą niewidoczną na pierwszy rzut oka jest otwierana poziomo klapa bagażnika, która w myśl przysłowia – „stoliczku nakryj się” – w zależności od potrzeb potrafi przemienić się w suto zastawiony stół (okraszony trunkami z wielu państw Europy serwowanymi przez międzynarodowe grono skoczków), biurko lub warsztat roboczy, do czego przydają się wzmocnione linki potrafiące wytrzymać ciężar ponad 300 kilogramów.


Mariusz Osocha i jego Range Rover P38 stanowią zżytą parę i póki co nie zamierzają się rozstawać.

– Prasowane końcówki linek bagażnika to chyba jedyna modyfikacja, którą wprowadziłem w konstrukcji Range Rovera – mówi Mariusz Osocha. – W 99,9 procentach auto nie różni się od modelu fabrycznego, które w zamyśle projektanta (tak to sobie wyobrażam) miało zawozić brytyjskiego lorda z inspekcji jego posiadłości wprost pod Pałac Westministerski. Przez te 12 lat nigdy się na nim nie zawiodłem. Jedyny poważniejszy remont (silnika) został wykonany w Land Serwisie przy przebiegu 200 tysięcy kilometrów i odtąd – przez kolejne 400 tysięcy kilometrów – nic wielkiego już się nie wydarzyło. Pomimo 20 lat w dowodzie dzięki aluminiowemu poszyciu możemy w mniejszym stopniu przejmować się korozją „Zwierzaka”, jak pieszczotliwie przezywamy go w naszej rodzinie. Z ust pewnej damy padło kiedyś stwierdzenie, że ten samochód jest tak brzydki, że aż piękny!

Mariusz Osocha i jego P38 tworzą – jak się wydaje – związek idealny. Razem pracują, wspólnie realizują pasje, a czasem również... „odpoczywają” od siebie, gdy pan Mariusz wyrusza na zagraniczne wyjazdy w góry (na swym koncie ma m.in. Elbrus, Kazbek, Mont Blanc (dwukrotnie), a w planach powtórny atak na Aconcaguę (pierwszy się nie powiódł) i Himalaje).

– I póki co nie zamierzam wprowadzać żadnych zmian. Chyba... jesteśmy sobie pisani! – deklaruje pewnym głosem.

fot. Archiwum Mariusza Osochy, Oskar Osocha, Bartłomiej Trela