Nasi klienci: Zbigniew J. Sobczyk – Range Rover... Forever!

Przypadkowa wizyta z Freelanderem „na Potrzasku” (czyli w legendarnej siedzibie Land Serwisu na ul. Potrzask w Krakowie), którą Zbigniew J. Sobczyk złożył 14 lat temu, zaowocowała trwającą do dziś miłością do Land Roverów i zaufaniem do Land Serwisu.

– Półtora miliona kilometrów, które mam na swym osobistym liczniku, nauczyły mnie wybierać to, co najlepsze, najbezpieczniejsze i najbardziej komfortowe. Dlatego dziś nie wyobrażam sobie jazdy innym autem niż Range Rover, ani innego serwisu niż... Land Serwis – mówi prezes zarządu spółki heateco2al.


Bezpieczeństwo, niezawodność i komfort – to cechy, dzięki który Range Rover ma zapewnione dożywocie w rodzinie Zbigniewa J. Sobczyka.

W czasach, gdy Freelanderem jeździła małżonka Zbigniewa J. Sobczyka, on sam był użytkownikiem Land Cruisera.

– Moja praca (w sektorze energetyki) wymagała wtedy, abym miał do swojej dyspozycji samochód z napędem 4x4, którym bez trudu mógłbym dojechać w często trudno dostępne miejsca, czy poruszać się po terenach kopalni gazu i zakładów przemysłowych – mówi.
Na Potrzasku moja Toyota wzbudziła zdziwienie, a ponieważ nie czułem z nią specjalnej chemii, spytałem, co proponują w zamian. Niedługo później Land Cruisera zamieniłem na Discovery II, które z racji braku „wybujałej” elektroniki zarekomendowano mi jako użytkową terenówkę z krwi i kości. Tego wyboru nigdy nie żałowałem. Z czasem, poszukując większej wygody, przesiadłem się do Range Rovera, którego mam od 7 lat i z którym nie zamierzam się (prędko) rozstać. Dyskoteką jeździ żona.


Land Rover Discovery II jest stałym kompanem wypraw wakacyjnych oraz weekendowych „rajdowań” ze znajomymi.

Póki co „dożywocie” w rodzinie ma również Freelander, od którego wszystko się zaczęło. Od kilku lat jego użytkownikiem jest córka pana Zbigniewa, który nie umie powiedzieć o nim złego słowa, choć w jego opinii nie jest to typowa terenówka, a jedynie auto „ze zdolnościami do jeżdżenia po trawie”. „Niekochane” dziecko Land Rovera w okresie kilkunastu lat dało się poznać jako wygodne, sympatyczne auto do jazdy codziennej, które potrafi również dotrzeć w Bieszczady na biwak pod gwiazdami. Jedyną poważniejszą naprawą na przestrzeni lat była wymiana reduktora, która wynagrodzona została codzienną niezawodnością i doskonałą pracą zawieszenia, oficjalnie docenionego niegdyś w zachodniej prasie motoryzacyjnej.

Równie dobrą opinią w oczach Zbigniewa J. Sobczyka cieszy się Land Rover Discovery II, który towarzyszył mu i jego rodzinie w wyprawach wakacyjnych oraz weekendowym „rajdowaniu” ze znajomymi.

– Nie mam ciągot do jazdy ekstremalnej – mówi.
– Ale dzięki „Dyskotece” zwiedziliśmy kawał Polski a także Rumunię, Litwę i Słowację, a w różnych zespołach regularnie umawialiśmy się z przyjaciółmi na weekendowe i wakacyjne wyjazdy w teren. Zawsze był to dla mnie wyśmienity sposób na przyjemne spędzenie weekendu z rodziną i znajomymi.


Land Rover Freelander podczas kilkunastu lat użytkowania dał się poznać jako wygodne, sympatyczne auto do jazdy codziennej, któremu niestraszna jest również wyprawa w Bieszczady.

Samochody terenowe mają to do siebie, że lubią przed kierowcami stawiać wyzwania. Daleko od szosy zdarzają się miejsca, które rodzą dylemat: zaatakować, by móc dalej podróżować, czy lepiej odpuścić, skazując się na podróż po własnych śladach i nadkładanie drogi. Podczas wypadu ze znajomymi do Kotliny Kłodzkiej konwój aut zatrzymał się przed błotnistą dróżką prowadzącą przez zbocze, na której jeden niepewny ruch mógł zakończyć się obsunięciem pojazdu w przepaść. Z duszą na ramieniu na wąską ścieżkę wyjechał prowadzący Defender, a za nim jak jeden mąż ruszyli pozostali. Gdy cała grupa dotarła w bezpieczne miejsce, okazało się, że wszyscy kierowcy mieli początkowo ochotę zawrócić, ale wbrew sobie, z ambicjonalnych powodów zmierzyli się z przeszkodą i na szczęście zdali ryzykowny egzamin na piątkę.

– Nie jestem off-roaderem – przyznaje Zbigniew J. Sobczyk. – Podziwiam Piotra Kowala, szefa Land Serwisu i jego wieloletnią karierę rajdową, starty w Malezji i Afryce, ale – choćby z racji mojego wieku – to już aktywność nie dla mnie. Poprzestaję na okazjonalnej – wypoczynkowej jeździe w terenie, bez twardych wyzwań. Sprawia mi to ogromną przyjemność i nie wiąże się z „wyczynem”, aczkolwiek niejednokrotnie bywało tak, że „dopranie” samochodu zajmowało kilka dni. Wystarczy kilka dni deszczu w Bieszczadach… Na większe wyzwania niestety nie ma wolnego czasu. Nie oznacza to jednak, że zrezygnowałem z posiadania auta terenowego. Z Discovery II przesiadłem się do Range Rovera, którym już rzadziej „zjeżdżam z asfaltu”, a mimo to nigdy nie zamieniłbym go na zwykły samochód osobowy.


Jakie argumenty stoją za taką deklaracją? Bezpieczeństwo, niezawodność i komfort – wymienia jednym tchem właściciel Range Rover, dodając, że jest to jeden z nielicznych samochodów na rynku, którego kierowca – z racji solidnej konstrukcji pojazdu, wysokiego zawieszenia i jego ponad dwuipółtonowej masy – nie musi się specjalnie obawiać spotkania z innym autem na drodze (na TIRy i inne drogowe mastodonty i tak nie ma mocnych). Prawie 300 koni mechanicznych generowanych przez 4,4-litrowy silnik V8 pozwala dynamicznie i bez zmęczenia przemieszczać się po długich trasach, w razie potrzeby umożliwiając błyskawiczne przyspieszenie, ale przede wszystkim nastrajając do statecznej jazdy bez szaleństw.

– Nie ukrywam, kiedyś jeździłem dużo i za szybko, pokonując 80 do 90 tysięcy kilometrów rocznie – mówi Zbigniew J. Sobczyk. – Dziś nadal zaliczam 30 - 40-tysięczne przebiegi. Ale odkąd wsiadłem do Range Rovera, przestałem się spieszyć. Jazda nim to przyjemność, którą wolę się delektować. Nie chcę uzasadniać teorii, że auto ma duszę i osobowość, ale coś w tym jednak jest. Range Rover zdecydowanie mnie uspokoił Doskonale nam się współpracuje zarówno w życiu prywatnym, jak i podczas podróży służbowych, bo wolę go od naszych aut firmowych. Nie widzę powodu, bym musiał go wymienić – wygląda, że ma dożywocie. No chyba że – w ostateczności! – na innego Land Rovera!


Dzięki „Dyskotece” Zbigniew J. Sobczyk zwiedził kawał Polski a także Rumunię, Litwę i Słowację.

Samochód jak na razie nie wykazuje istotnych oznak zużycia. Ostatniej jesieni podczas naprawy głowicy była okazja, by zajrzeć do cylindrów, które wciąż wydają się lśnić nowością (ceramika!). Konieczne staje się zabezpieczenie podwozia narażonego niestety na szkodliwe działanie soli. No i oczywiście naprawy kosmetyczne – w końcu ma swoje lata.

Arystokratyczny Range Rover służy Zbigniewowi J. Sobczykowi jako pojazd służbowy i rodzinny. Jeździ nim do pracy, załatwia sprawy domowe, a w wolnym czasie przewozi trzy psy (same znajdy i podrzutki przygarnięte z dobroci serca) do domku letniskowego w Bieszczadach, który dla zwykłego auta osobowego, zwłaszcza zimą, stanowiłby niezdobytą twierdzę.

Bardzo często, nawet bez potrzeby, zagląda również do Land Serwisu położonego (los tak chciał!) na codziennie pokonywanej drodze z domu do pracy. Trudno o lepszą rekomendację dla warsztatu niż klient z półtora milionem kilometrów na koncie, który jest mu wierny już od 14 lat. A – jak sam przyznaje – łatwym klientem nie jest…

fot. Archiwum Zbigniewa J. Sobczyk