Paweł Koźmiński – z Defenderem na co dzień

– Odkąd pamiętam, jeździliśmy w naszej rodzinie autami z napędem 4x4. Kiedyś wykorzystywaliśmy je do pracy, a dziś zabierają nas na wakacje i pomagają w załatwianiu codziennych obowiązków. Naszym oczkiem w głowie jest wyprawowy Defender, do którego kluczyki trzyma... moja żona niechętna nikomu ustępować miejsca za kierownicą. Siłą rzeczy ja muszę zadowolić się Discovery 4 - opowiada z uśmiechem pan Paweł Koźmiński z Krakowa, o którego auta troszczy się na co dzień ekipa Land Serwisu.


Zanim w rodzinie pana Pawła nastąpił czas Land Roverów, przewinęło się przez nią wiele terenówek zdolnych dowieźć go w miejsca niedostępne, acz o unikatowej urodzie, co dla zawodowego fotografa miało pierwszorzędne znaczenie. Napęd na wszystkie koła przydawał się również w transporcie... pocztówek jego autorstwa, które trzeba było dowieźć do górskich schronisk, co było kiedyś całkiem intratnym interesem. Dziś pan Paweł stoi na czele firmy zajmującej się rachunkowością, a Defendera najchętniej używa do wypraw w nieznane.


– Pomysł, by go kupić, zrodził się podczas wakacji nad jeziorem Garda we Włoszech, dokąd zwyczajowo udaliśmy się kamperem – opowiada. – Nasz pojazd był bardzo komfortowy, ale nie pozwalał na swobodne zwiedzanie okolic. Z zazdrością patrzyliśmy wówczas na turystów w Land Roverach, którzy po nocy spędzonej na kempingu ruszali w dalszą trasę objazdową. Po powrocie do Polski rozpocząłem szukanie nowego Defendera.


Zadanie okazało się niełatwe, gdyż w roku 2013 kultowy model Land Rovera powoli stawał się już rarytasem. W polskiej sieci salonów można było zamówić jedynie wersję podstawową, ogołoconą nawet z ABS-u, za to oferowaną w standardowej cenie. Wystarczyło jednak rozpuścić wici za granicą, by w nieodległym Berlinie znaleźć za identyczną kwotę w pełni wyposażony egzemplarz z pakietem zimowym i ogrzewaniem szyb, który dokładnie 6 lat temu został sprowadzony na stałe do Krakowa. Polskim dilerom nie udało się już odzyskać zrażonego na wstępie klienta, który szybko przekonał się, że po fachową pomoc w zakresie obsługi technicznej samochodów terenowych (a nie tylko SUV-ów) należy zwrócić się do Land Serwisu.


– Od początku w moim Defenderze tłukł się przedni wał, ale w ASO usłyszałem, że to tak zwane „luzy wagonowe”, z którymi po prostu trzeba żyć – opowiada Paweł Koźmiński. – Zaakceptowałem to tłumaczenie do momentu, aż destrukcji nie uległa świeżo zakupiona przeze mnie przednia blokada marki Ashcroft. Wówczas auto oddałem do Land Serwisu, gdzie napęd został właściwie poskładany, luzy i niepokojące hałasy zniknęły, a ja wreszcie mogłem cieszyć się pełnią możliwości mojego Defendera.


Land Rover odwdzięcza się swojemu właścicielowi za jego troskę i zaangażowanie stuprocentową dojeżdżalnością na kołach do domu – nawet wówczas, gdy złej jakości paliwo zatankowane na rumuńskiej stacji benzynowej ograniczyło jego prędkość do 60 km/h. Auto wymaga czasem pracy i potrzebuje regularnego serwisu (w tym również konserwacji), ale i nie stoi bezczynnie w garażu, lecz codziennie jest używane i uczestniczy w dalekich wyprawach. Odwiedziło Bałkany, w tym m.in. Albanię i Czarnogórę, oraz południowe Włochy, dokąd zaholowało przy okazji łódź. Wprowadzone modyfikacje zamieniło je w komfortową wyprawówkę, dysponującą m.in. oponami AT, podniesionym zawieszeniem, namiotem dachowym, dodatkową skrzynią bagażową, lodówką, a nawet... ekspresem do kawy. Nowe światła LED-owe pozwoliły pozbyć się bolączki Defenderów, jaką jest słabe oświetlenie fabryczne. Dzięki zabezpieczeniom maski można dziś swobodnie na niej stanąć, a założone siatki umożliwiają transport np. pojemników z wodą, która w czasie jazdy podgrzewa się na słońcu – w sam raz na wieczorny prysznic.


Wyprawowy Land Rover sprawdza się zarówno podczas dalekich wyjazdów, jak i na co dzień pomagając w dojeździe do położonego na uboczu domu czy... transporcie zakupów. – Żona bardzo chwali sobie znakomitą widoczność, napęd, który pozwala pokonać każdy krawężnik, pojemny bagażnik i... lodówkę, do której może schować mięso oraz wino – idealne na kolację – śmieje się Paweł Koźmiński. – Wszyscy w rodzinie cenimy także autorytet, jakim Defender cieszy się na drodze. Inni kierowcy stają się o wiele uprzejmiejsi, gdy widzą nas włączających się z podporządkowanej. Nawet prędkość przelotowa – mimo niemałych gabarytów auta – jest zadowalająca: przy 130 km/h 2,2-litrowy silnik pali około 11-12 litrów na 100 kilometrów. Najbardziej ekonomiczną prędkością na trasie jest 110 km/h.


Paweł Koźmiński wraz ze swoją rodziną zwykł dwa razy w roku wyruszać w dalekie podróże pod przewodnictwem firmy Przygody 4x4. Utarło się już, że jedna z nich ma charakter przygodowo-krajoznawczy, zaś druga, czego pomysłodawczynią jest między innymi żona pana Pawła, dostosowana jest do wytrzymałości i wrażliwości dzieci off-roaderów. Rodzice ze swoimi pociechami odwiedzili w ostatnich latach Macedonię, Rumunię i Czarnogórę – co ciekawe, podczas każdej z tych wypraw dzieci przeważały liczbowo nad dorosłymi. Prawdziwym rekordzistą było zaś 10-miesięczne niemowlę, które bez strachu udało się na zwiedzanie krainy hrabiego Drakuli. Familijne ekskursje, na które państwo Koźmińscy zawsze zabierają swego Defendera idealnego do przewożenia dwójki dzieci, stoją pod znakiem nie tylko zwiedzania, ale przede wszystkim licznych atrakcji takich jak spływy raftingowe, spacery w małpim gaju czy wspinaczka skalna. W organizowanych konkursach górują zwykle najmłodsi, którzy bez trudu radzą sobie z zadaniami w rodzaju bieg z zawiązanymi nogami i szklanką wody w ręce, bez litości zostawiając w pokonanym polu swych rodziców.


Pasji zwiedzania państwo Koźmińscy oddają się podczas wypraw „dla dorosłych” z dala od Polski – aby poznać Tadżykistan czy Kaukaz, najkorzystniej było polecieć samolotem i wynająć samochód już na miejscu (niestety nie zawsze do dyspozycji jest Land Rover). Możliwość ujrzenia gołym okiem gór Karakorum i Hindukuszu warta była zachodu, jakim było mozolne wdrapywanie się zdezelowanym amerykańskim Chevroletem Expressem na wysokość 4700 m n.p.m. Samochód z napędem na wszystkie koła i otwartość na niestandardowe formy zwiedzania to jedyna szansa, by zobaczyć w Armenii – zazdrośnie skrywającej przed oczami komercyjnych turystów zabytkowe świątynie – kolebkę chrześcijaństwa europejskiego.


– Na Bałkanach czy w Azji czuję się znacznie lepiej i bezpieczniej niż w Paryżu – mówi Paweł Koźmiński. – Kiedy w Tadżykistanie musieliśmy udać się do szpitala, nie tyko zostaliśmy fachowo obsłużeni, ale na dodatek za udzieloną pomoc nie musieliśmy zapłacić ani grosza, bo zdaniem naszych gospodarzy na tym właśnie polega gościnność. Nic dziwnego więc, że „ciągnie” nas w odległe krainy – najlepiej w towarzystwie całej rodziny i naszego Defendera!

Fot. archiwum Pawła Koźmińskiego