Relacja AdventureTour z wyjazdu do Gruzji.

Pomysł wyjazdu do Gruzji zakorzeniony był w naszych głowach już od dawna. Dopiero wczesną wiosną bieżącego roku wzięliśmy się konkretnie za przygotowanie całej wyprawy. Całość na początku nieco przerażała – tyle kilometrów od domu, zupełnie nieznany region, cała logistyka związana z przygotowaniem samochodów. Baliśmy się wielu rzeczy - od mocno ograniczonego czasu na ten wyjazd, po ewentualne awarie aut na trasie. Mimo wszystko chęć eksplorowania tego kraju zminimalizowała wszelkie inne problemy.

Na początku czerwca ruszyliśmy przed siebie. Mieliśmy kilka założeń - że na miejscu będziemy się poruszać po drogach najmniej znanych turystom, będziemy wytyczać nowe trasy poza drogami oraz sami poznawać wartość kulturową Gruzji, a nie tylko bazować na dotychczasowych opiniach. Pozostało nam tylko ruszyć, wdrażając plan…

Jak to bywa różne scenariusze życie pisze, nie może być tak gładko, zwłaszcza na początku. Już pierwszy dzień przyniósł niespodziankę – okazało się, że jedna z ekip nie ma wykupionej zielonej karty. Nic nie byłoby w tym skomplikowanego, gdyby nie święto, małe podhalańskie, jednak na tyle duże, by nie było możliwości wyrobienia karty. Po całym dniu jazdy i szukaniu udało się, już chyba nic nie mogło nas zatrzymać. Pchani silną motywacją do nadrobienia straconego czasu, w późnych godzinach znaleźliśmy się w Rumunii. Po kilkugodzinnym śnie czekał nas przejazd przez Rumunię, dalej Bułgarię aż do Turcji.

Staraliśmy się ominąć ten odcinek bez niepotrzebnych przerw, nie tracąc cennego czasu. Kiedy wreszcie zawitaliśmy do Turcji (późną nocą) „zaliczyliśmy” przejście graniczne w wielkim stylu i specyficzny dla muzułmańskich krajów „porządek”. Mimo wszystko odprawa przeszła sprawnie. Skierowaliśmy się na Stambuł, który był naszym przechodnim celem. Metropolia przytłacza swoją wielkością i tempem życia co rozumiem także przez szybkość przemieszczania się po drogach. Najlepsze porównanie jakie przychodzi mi teraz na myśl to pełny ul rozjuszonych, afrykańskich pszczół. Ale to jednak inna historia – nam się podobało.

Turcja - pokonaliśmy prawie dwa tysiące kilometrów - po gładkich jak stół drogach a ich przejechanie nie odznaczało się niczym szczególnym. Zwróciliśmy uwagę na wysoki poziom życia oraz wystawność tego rejonu. Północne wybrzeże Turcji nie włada w uniwersalnych językach, ale mimo dzielących nas barier nie było większych problemów z komunikacją.

Kiedy dotarliśmy przed wielce oczekiwaną granicę gruzińską myśleliśmy tylko o kąpieli w Morzu Czarnym. Nikt się nie spodziewał, że to właśnie tu przeżyjemy pierwszą gruzińską przygodę. Kiedy cała epika zażywała relaksacyjnej kąpieli zauważyłem Mariusza – towarzysza wyprawy - zaczepionego o hak Discovery2. Zestaw sunął w kierunku morza i … wcale nie miał ochoty na zatrzymanie. Mario nie był w stanie nawet odrobinę spowolnić ważącego blisko trzy tony samochodu – czyżby koniec wyjazdu miał miejsce w Morzu Czarnym? Szczęście, że dzieliło mnie od niego kilka metrów! Z mojej perspektywy trwało to dłuższą chwilę a w rzeczywistości może 2 sekundy. Wciśnięcie wszystkich możliwych hamulców przyniosło taki efekt, że auto z przednią osią w powietrzu zatrzymało się na skalistym nabrzeżu. Parę stóp dzieliło nas od wodowania kilkanaście metrów niżej. Wszystko wydawało się filmem, a jednak było realne. Uff, zastrzyk adrenaliny był spory…

Trochę formalności przy wyjeździe z Turcji, jedno okienko po stronie gruzińskiej (bez wychodzenia z samochodów!) i jesteśmy u wrót celu. Krótki postój na wymianę waluty, wymianę poglądów dotyczących szybkości odprawy i dalej w drogę.

Kierowani słowami piosenki; „Obraz ten, to marzenie naszych snów. Batumi, ech Batumi herbaciane pola Batumi” wjechaliśmy do miasta, uznawanego za światowy kurort. Uderzają neony, światła, aleje palmowe, szpalery kwietników. Zabytki mieszają się z nowoczesnymi, szklanymi budowlami. Widać, że miasto przeżywa swój renesans, co niestety tworzy bardzo mocny kontrast z jego przedmieściami i niemalże całą Gruzją.

Po małej ekskursji ulicami miasta, odwiedzeniu kilku knajp, posmakowaniu lokalnych specjałów, noc spędziliśmy opodal głównego deptaka, raptem pięćdziesiąt metrów od morza.

Dalej ruszyliśmy na wschód, kierując się jedną z kilku głównych dróg przez Adżarię i Meschetię – jej jakość i usytuowanie od razu rodzi pytanie jak lokalni przemieszczają się tu zimą? Dla nas wreszcie zaczyna się jazda jaką sobie wyobraziliśmy! Zdarza nam się zjechać z wytyczonych dróg aby ponownie na nie wrócić za kilkanaście kilometrów – śnieg uniemożliwiał przeciskanie się najwyżej położonymi drogami. Przedzierając się przez kolejne pasma, docieramy do Wardzi – jednego z tych nietuzinkowych miejsc, które obowiązkowo trzeba odwiedzić w Gruzji. Skalny kompleks mieszkalny niegdyś zajmowało kilkanaście tysięcy osób, teraz jest sporą atrakcją turystyczną. Dalej wspinaliśmy się na Płaskowyż Dżawachecki i dalej kierując się na wschód dotarliśmy do Gór Samsarskich, sunęliśmy wzdłuż ich najwyższego szczytu Didi Abuli (3300 m n.p.m). Droga, mimo typowo offroadowego charakteru, nie przysparzała problemów - poruszaliśmy się po głazach, luźnych kamieniach i szutrze. Wzmocnione opony AT dały sobie radę bez uszkodzeń. Wyniosłe wulkany, wygasłe przed tysiącami lat, tworzą niezwykłą scenerię, rozrzucone dokoła pola kamieni, kiedyś były lawą wyrzucaną w atmosferę. Podróż przez ten teren wyjątkowo nas ucieszyła, bo ten rejon był traktowany po macoszemu w przewodnikach oraz kiedy szukaliśmy w Internecie - nie znaleźliśmy żadnych wzmianek o przejazdach tamtymi trasami. Jedyne widoczne ślady cywilizacji pozostały po oponach radzieckich UAZów i Ziłów.

Wraz ze zmianą długości geograficznej, zmienił się również klimat, a co za tym idzie kolory nas otaczające. Zielony kolor powoli znika z oczu, i co dało się najbardziej we znaki - temperatura wyraźnie wzrosła… Dalej sunęliśmy wzdłuż granicy z Armenią i później z Azerbejdżanem, kierując się punktami nawigacyjnymi wyznaczonymi jeszcze w Polsce. Opieraliśmy się na zdjęciach satelitarnych stąd nic dziwnego, że drogi często okazywały się korytami wyschniętych rzek lub szczelinami zerodowanej ziemi. Po drodze zahaczyliśmy o kompleks monastyrów David Gareja, już prawie wjeżdżając na stronę Azerbejdżanu przypadkowo odwiedziliśmy czynną bazę wojskową. Efekt jazdy w palącym słońcu, oraz równie gorącego wieczoru doprowadza do błędu w nawigacji. Zakończenie przygody bardzo ciekawe; udana próba dogadania się w językowym miksie, połączonym z barwną gestykulacją. Do tej pory zastanawiam się na jaki kontyngent trafiliśmy, nie zostaliśmy ostrzelani - więc pewnie pokojowy. Jadąc dalej podziwialiśmy wyprażone w słońcu, barwne formy skalne i gdzie okiem nie sięgnąć pustkowie, aż po sam horyzont. Bardzo pozytywne wrażenie wywarło na nas to południowe pogranicze – coś odmiennego od wizji kraju, leżącego na tle ośnieżonych szczytów Kaukazu.

Skoro już przy dużych górach jesteśmy…

Nadszedł czas na przemieszczenie się w północne rejony. Obraliśmy za cel wioskę Omalo, położoną w samym centrum Tusheti, jednego z najbardziej malowniczych regionów. Postraszeni nieco przez wszechwiedzący Internet, mieliśmy pewne obawy co do przejezdności tej drogi. Była połowa czerwca, a wszyscy trąbili, że trasa do Omalo jest do końca miesiąca nieprzejezdna – najwyższa przełęcz jaką udało nam się osiągnąć samochodem miała zostać niezdobyta ze względu na zalegający śnieg. Ale jak to, my nie przejedziemy?! Spróbowaliśmy i odcinek kilkudziesięciu kilometrów jaki pokonaliśmy przez dwa kolejne dni okazał się być urzekająco piękny. Owszem śnieg był, ale nie w takiej ilości aby zagrodzić nam drogę ostatecznie. Zsuwające się na drogę, ogromne płaty śniegu robiły wrażenie, na szczęście ciężki sprzęt regularnie udrażniał przejazd a zagrożenie lawinowe już dawno nie było realne. Jedyne co zostało po zimie to topniejący w promieniach słońca śnieg, utrzymujący okazałe strumienie przecinające nasz szlak. Właśnie te strumyczki niezliczoną liczbę razy przeradzały się w kilkudziesięciometrowe wodospady, spadające również na drogę lub jej okolicę, tworząc fenomenalne obrazy, przy okazji myjąc nasze samochody.

Nie da się opisać w paru zdaniach tego co oferuje zmotoryzowanemu podróżnikowi droga do Omalo. To wieczna jazda nad kilkusetmetrową przepaścią z tłem nieziemskich widoków na Kaukaz. Punkt kulminacyjny to przełęcz Abano na wysokości 2926 m n.p.m. i wszystko to po drodze szutrowej z ciągłymi zwężeniami i zupełnie bez żadnych zabezpieczeń.

Nie jestem poetą i nigdy nie miałem takich aspiracji więc poprzestanę skromnie - musicie uwierzyć na słowo, że widoki tuszeckie zapierają dech w piersiach. Do tego wszystkiego doszła nocna burza, którą spędziliśmy biwakując grubo ponad 2.5 kilometra nad poziomem morza, potęgowała doznania z całego dnia jazdy.

Dalej była stolica – Tbilisi. Miasto zapamiętam jako tłoczne, ruchliwe, pełne zabytków, ale także nowoczesnych budynków. Warto być w stolicy Gruzji ale dla nas liczyła się bardziej jazda z dala od ulicznego zgiełku, dlatego postanowiliśmy udać się na kolejny biwak za miastem, rozpalić kolejne ognisko i spotkać się z przyrodą. Oczywiście przed wyjazdem orientowaliśmy się o zagrożeniach z jakimi możemy się spotkać jednak podczas tego noclegu na własne oczy przekonaliśmy się, że trzeba faktycznie uważać. Nikt z nas nie ma arachnofobii, ale okaz pająka jaki zbliżył się do ogniska był niesamowity. Tak szybko jak został zauważony, wszyscy zerwali się na równe nogi – w końcu nieczęsto widzi się pajęczaka wielkości dłoni, tuż obok, maszerującego po oparciu krzesła Mieliśmy o czym myśleć tego wieczoru, zapadając w objęcia morfeusza.

Przyszedł czas na gruzińską drogę wojenną – widoki przepiękne, jazda na sporej wysokości, przez większy odcinek towarzyszące nam góry, ale nie należy zapomnieć, że jest to jedyna droga łącząca Rosję z Gruzją. Z tego powodu drogą przemieszcza się regularnie ruch tranzytowy, a co za tym idzie sporo ciężarówek. Niewątpliwie psuje to klimat tej urokliwej trasy. Końcówka, świątynia Cminda Sameba w Kazbegi – Klasztor Trójcy Świętej - to przepiękna, zabytkowa budowla, położona na szczycie gór. Jest to jeden z punktów „must see”, które obraliśmy wcześniej. Żadne zdjęcie nie opisze piękna tego miejsca, po prostu trzeba tam być. Zauroczeni, poświęciliśmy dzień na zwiedzanie okolicy. Miałem kiedyś wielką chęć na zdobycie potężnego Kazbeku – tym razem skończyło się na dolnych partiach lodowca. Może kiedyś…

Był to punkt zwrotny w naszej podróży, nikt nie mówił tego na głos, ale wiedzieliśmy, że był to moment kiedy zaczynamy kierować się w stronę domu. Na pokrzepienie serc mieliśmy w zanadrzu jeszcze Swanetię – znaną ze swojego zróżnicowania kulturowego, nawet językowego. Bardzo duża odrębność, wynikająca z naturalnej izolacji regionu wykształciła język swanski z kilkoma dialektami co na tak małym obszarze jest niebywałe.

Charakterystyczne dla całej Gruzji wieże obronne, klimatyczne domy zbudowane z kamienia występują tam w nasileniu i co najważniejsze są one użytkowane w stu procentach.

Swanetia to również obszar, którego odpuszczenie byłoby wielkim błędem. Kilkaset kilometrów terenowej jazdy, strumieni, podjazdów i zjazdów, towarzyszących im widoków najwyższych szczytów Kaukazu w tym Szchara, mierząca 5193 m n.p.m., będąca marzeniem alpinistów i Ushba, która pokonała wiele istnień ludzkich. Droga ze Swanetii przebiegała nieopodal imponującej budowli hydrotechnicznej – zapory na rzece Inguri – drugiej co do wysokości na świecie. Tama spiętrza wody topniejących lodowców przez co ma urzekającą mleczno – zieloną barwę. Sama rzeka Inguri jest również naturalną granicą z Abchazją, do której ze względu na niestabilność polityczną wstępu nie mamy.

Mam świadomość, że Gruzja staje się coraz bardziej popularna i jej atrakcyjność ze względu na to spada. Mimo tego zawsze znajdziemy coś ciekawego, urzekającego i spowoduje, że będziemy chcieli tam wrócić. Ciekawi ludzie, niepowtarzalne scenerie, klimatyczne osady, ciężko przedstawić to w słowach. Jeśli myślimy o niezwykłym miejscu na ziemi i ma być to relatywnie niedaleko to mimo ograniczonej egzotyki Gruzja plasuje się na wysokiej pozycji mojej listy. Po wyprawie, którą zorganizowaliśmy wiem, że jest to kraj niezwykle bogaty i ma do zaoferowania nieograniczone przestrzenie. Niezależność jaką daje nam poruszanie się własnym środkiem transportu potęguje te doznania.

Galeria  (30 zdjęć)
Galeria - 30 zdjęć

zdjęcia i tekst: AdventureTour.pl