Relacja AdventureTour.pl z wyjazdu do Maroka.

Mawiają „Co dobre szybko się kończy” i tak też stało się z naszą wyprawą do Maroka. Trudno było nam powrócić do przeraźliwie zimnej Polski po afrykańskich wojażach a było tym razem naprawdę gorąco.

Przypatrywaliśmy się trudom życia ludzi wysokich gór, iście europejskiemu pędowi życia ludzi wielkich miast, ale szczególne wrażenie wywarły na nas koczownicze plemiona Berberów, które od wieków zamieszkują niedostępne rejony Sahary. Było sporo emocji związanych z jazdą terenówkami – piaszczyste ergi, kamienista hamada, oszałamiające ekspozycje. Wyjazdu do Maroka z Adventuretour.pl nie można szybko zapomnieć zwłaszcza, że od początku do końca cała trasa obfitowała w coraz to nowsze przeszkody, a kierowcy i piloci mieli pełne ręce roboty.

Jak to wyglądało – przeczytajcie i zobaczcie sami na zdjęciach!

Cztery godziny lotu i oczekiwany dźwięk zetknięcia kół Embraera 195 z płytą lotniska Marrakech – Menara.

Otwarcie drzwi od samolotu i nagle urzekający powiew ciepłego atakującego wszystkie zmysły powietrza będący obietnicą fascynującej przygody. Natychmiast zapomnieliśmy, że parę godzin wcześniej w Berlinie, żegnało nas marne minus trzy, przeszywający wiatr i opady śniegu. Na lotnisku czekał na nas radosny Marokańczyk z tabliczką „AdventureTour” który zapewnił nam szybki transfer do zaprzyjaźnionego tętniącego marokańskimi klimatami hotelu. Wieczór upłynął na odkrywaniu uroków i smaków Czerwonego Miasta. Wróciliśmy późno, bo oferta rozmaitości jaką oferuje Marrakesz jest magnetyzująca. Zobaczyliśmy Souk czyli główny plac targowy, na którym zjedliśmy tradycyjną marokańską kolację, stare miasto, Medyna i kilka głównych ulic…

W godzinach porannych odebraliśmy samochody, które miały z nami trwać w doli i niedoli przez najbliższe dziesięć dni. Były to dwie Toyoty Land Cruiser 120 oraz jedno Mitsubishi Pajero Sport. Autka dostarczyła nam zaprzyjaźniona firma specjalizująca się w wynajmie samochodów 4x4. Prawie seryjne pojazdy z wzmocnionymi oponami klasy AT musiały dać sobie rade na zaplanowanej przez nas trasie. Dziarsko ruszyliśmy na wschód, pokonując kolejne przecznice Marakeszu. Jeśli ktoś nie doświadczył jazdy w krajach arabskich nie zdaje sobie nawet sprawy jak ruch uliczny tam się odbywa, pasy na jezdni tylko na ozdobę a czerwone światło niekoniecznie oznacza stop. Dla nas nie było to wielkie zdziwienie, chwila za kierownicą i można było przyjąć lokalny system przemieszczania się.

Wraz z kierunkiem wschodnim oraz nabieraniem wysokości okolica stawała się mniej przyjazna , zanikały szyldy informujące o noclegach. Drogi asfaltowe zamieniały się w kamieniste pisty, które wiły się po zboczach gór o nieprawdopodobnych kształtach. Z każdym kilometrem temperatura stawała się coraz niższa. Dzień zakończyliśmy biwakiem na wysokości 2500mnpm po wyjechaniu z doliny Bougmez. To była chłodna noc, słupek rtęci zatrzymał się w okolicach zera stopni. Góry nawet w tak ciepłym kraju dały o sobie znać - rankiem nikogo nie trzeba było zachęcać do wyjazdu. W tym dniu przekroczyliśmy samochodem wysokość 2800 m.n.p.m.. Oczywiście później teren zaczął się obniżać a my malowniczą górską drogą dotarliśmy do La Cathedrale – punktu trasy nazwanego od charakterystycznej góry, nieco odmiennej od wszystkich innych w pobliżu wioski Tilouguite . Do wioski nie dojechaliśmy, postanowiliśmy skrócić drogę szlakiem, który wpadł nam w ręce dzięki uprzejmości francuskich motocyklistów. Trasa przepiękna widokowo, rozpoczęła się imponującym wąwozem o pionowych ścianach ukryta w nich, była nasza droga, niejednokrotnie miała szerokość jednego samochodu a co chwila leżące na niej głazy informowały nas o tym, że nie jest mocno eksploatowana. Ekspozycje z jakimi spotkaliśmy się na tym odcinku były niesamowite. Wysiadając z samochodu stawało się na krawędzi urwiska… Marzec to czas kiedy z gór spływają duże ilości świeżo roztopionego śniegu, tak też działo się w trakcie naszej podróży. Po pokonaniu kilku kilometrów zastaliśmy rzekę, która zakryła kilkusetkilometrowy odcinek naszej drogi. Zamulone i niepewne dno, kiwanie głowami przypadkowo napotkanych „lokalesów” zmusiło nas do zawrócenia. Nie chcieliśmy ryzykować już na początku, zalanie samochodów lub utknięcie w niepewnym terenie to nie to czego szukaliśmy. Zwłaszcza, że zanosiło się poważnie na deszcz. Wizja pozostania tam przez kilkanaście kolejnych godzin była dodatkowym argumentem do zawrócenia. Podczas wycofywania się napotkaliśmy z naprzeciwka trzy samochody terenowe, pojawił się problem z wyminięciem ich na tej drodze. Operacja trwała dosyć długo, żmudne ustawianie każdego samochodu tak aby w miarę bezpiecznie wyminąć się na centymetry trwała kolejne 30 minut. Wąwóz Assif Melloul jeszcze kiedyś zdobędziemy.

Kolejną noc spędziliśmy w okolicach Tislit, nad malowniczo położonym zbiornikiem wodnym. Nazajutrz mimo słońca nadal było chłodno, minęliśmy Imichil i dopiero u wrót Wąwozu Thodra poczuliśmy ponownie afrykańską wiosnę – uderzenie 25 stopni oznajmiło, że jesteśmy po południowej stronie Atlasu Wysokiego. Mimo bardzo ciekawych poprzednich dni na naszych twarzach zagościła dziecięca wręcz radość. Ruszyliśmy w stronę miasteczka Merzouga ,obok którego rozciąga się efektowanie Erg Chebi – masa złocistego piasku, takiego jaki każdy sobie wyobraża myśląc o Saharze.

Następny dzień poświeciliśmy na objechanie Erg Chebi, próbując naszych sił na tym drobniutkim piasku w palącym afrykańskim słońcu. Jazda w piachu ma swój urok, obowiązująca złota zasada; albo gaz do dechy albo stoisz, ma na wydmach jeszcze mocniejsze uzasadnienie. Drobny piach jest do tego stopnia rozgrzany, że żadną odkrytą częścią ciała nie da się go dotknąć dlatego wszelkie postoje trwały krótko, zawsze w takich miejscach z których samochód był w stanie ruszyć samodzielnie. Po całym dniu zabaw w wielkiej piaskownicy udaliśmy się na spoczynek aby nabrać sił przed kolejnym etapem naszej podróży.

Nazajutrz mieliśmy do zrobienia nie mały kawałek drogi, bez cywilizacji, cały czas poruszając się po pustyni, bez wyznaczonych dróg. I tak po zaopatrzeniu się w wodę oraz prowiant na parę następnych dni ruszyliśmy wzdłuż południowej granicy z Algierią. Pustynia kamienista zwana hamadą, mieszała się z piaskami ergu, miejscami droga była płaska jak stół, byliśmy w stanie utrzymywać trzycyfrowe prędkości a miejscami lawirowaliśmy między świeżo nawianymi hałdami piasku. Na domiar wszystkiego wieczorem wiatr wzmógł się podnosząc wszystko co do tej pory leżało, tworząc burzę piaskową. Nawigowanie w takich warunkach ograniczało się do spoglądania na mapy satelitarne i podawanie wskazówek kierowcy, planowanie drogi z wyprzedzeniem opierając się na tym co zobaczymy na drodze. Widoczność w najlepszych momentach ograniczała się do kilkudziesięciu metrów. Cały czas pamiętając, że nie wolno się w piachu zatrzymać poruszaliśmy się zygzakiem – byle do przodu. Są momenty na wyprawie, które szczególnie zapadają w pamięć, właśnie ten etap dla nas był właśnie taki. I nagle… Zrobiło się spokojnie. Wiatr ucichł. Pojawił się zachód słońca nad bezkresem pustyni i przypieczętował niezwykle obfity w emocje dzień. Noc spędziliśmy w kasbie napotkanych Berberów.

Kolejne dni polegały na przedostawaniu się na zachód, wprost nad Atlantyk. Przemieszczaliśmy się wzdłuż granicy z Algierią dlatego co kilkadziesiąt kilometrów mogliśmy się spodziewać posterunków pograniczników marokańskich. Zwykle kończyło się na przedstawieniu paszportów, wymianie uśmiechów, wydukaniu czy nawet pokazaniu (jedyny język jaki jest znajomy dla ludności poza lokalnym to francuski) jaki jest cel naszej podróży.

Dotarliśmy do oceanu. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie skorzystali z zestawienia wysokiej temperatury, pięknej plaży oraz ciepłej wody Atlantyku. Dwa kolejne dni spędziliśmy biwakując tuż na klifie lub na samej plaży. Największe wrażenie robiły właśnie te długie puste, piaszczyste i kamieniste na zmianę plaże tak różne od znanych zatłoczonych kurortów gdzie czuje się na plecach oddech innych osób. Właśnie taka forma „plażowania” w atmosferze absolutnej swobody odpowiednio ładuje „akumulatory”. Dopiero nadchodząca zmiana pogody oraz sztorm ostudził nasze plażowe ambicje. Nadszedł czas na powolne zakończenie przygody.

W ostatnie dni, przebijaliśmy się ponownie przez Atlas i studziliśmy nasze emocje. Pogoda bezchmurna co prawda na wyświetlaczu pojawiało się maksymalnie 8 stopni jednak można było odnieść wrażenie, że temperatura wynosi przynajmniej 15.

Wysokie góry dały ponownie o sobie znać. Droga i na wyciągnięcie ręki majestatyczne góry przekraczające nierzadko ponad 3500m.n.p.m..Przejazd obok najwyższego szczytu Maroka i Afryki Północnej; Jbel Toubkal zakończył offoadową przygodę. Pozostało nam tylko zdać świetnie spisujące się samochody i ruszyć na lotnisko.

Powrót do mroźnej Europy dał się nam wszystkim we znaki i jeszcze mocniej zmotywował do kolejnej Marokańskiej wyprawy.

Galeria  (30 zdjęć)
Galeria - 33 zdjęcia

zdjęcia i tekst: AdventureTour.pl