RFC 2003 - z pierwszej ręki.

 Niestety kłopoty techniczne sprawiły, że nie udało nam się, tak jak to wcześniej planowaliśmy, przesyłać relacji z rajdu na bieżąco.
Tegoroczny Simex Rainforest Challenge odbywał się w malezyjskiej prowincji Johor i to właściwie jedyna rzecz która nie uległa zmianie w stosunku do przedrajdowych zapowiedzi . Trasa imprezy, kolejność poszczególnych odcinków specjalnych , zasady ustalania kolejności startowej zostały już na samym początku rajdu zmienione, co wprowadziło wiele niepotrzebnego zamieszania.

Pewnym usprawiedliwieniem dla organizatorów mógł być fakt, że tak długich i intensywnych opadów deszczu które spowodowały zalanie niektórych szlaków i zerwanie mostów nie notowano w tej okolicy od lat. Jeżeli nałożymy na to "luźne" miejscowe podejście do czasu to mamy tradycyjny dla tej imprezy bałaganik .

Tym którzy byli na imprezie po raz pierwszy napsuło to sporo krwi. My jako weterani RFC wiedzieliśmy czego się spodziewać i, że sprawiedliwa walka o punkty nie jest na tej imprezie sprawą najważniejszą, odnosiliśmy się do sprawy (no może z kilkoma małymi wyjątkami) z odpowiednim dystansem.

Ale od początku.

Do Kuala Lumpur przylecieliśmy zgodnie z planem, po małym zamieszaniu z pokojami udało nam się zakwaterować w Mi Casa - oficjalnym hotelu rajdu, warunki tradycyjnie już bardzo dobre. Zaraz po przyjeździe chcieliśmy się wybrać do portu po odbiór Land Rovera i tu pierwsza niespodzianka - kontenera z samochodem nie ma w porcie. Dokładnie nie ma go w Malezji, jak się dowiedzieliśmy z powodu niedawnego Ramadanu tempo pracy w miejscowym porcie uległo spowolnieniu i statek z Europy został rozładowany nie w Malezji ale w Singapurze. Po małym trzęsieniu ziemi i interwencji u najwyższego kierownictwa P&O Nedlloyd - naszego oficjalnego przewoźnika udało się sprowadzić samochód do Malezji z tym, że przy okazji straciliśmy dwa cenne dni na końcowe przygotowanie auta. Ostateczny załadunek naszego Defendera dokonaliśmy w strugach deszczu w noc poprzedzającą wyjazd na miejsce startu.

Rano gotowy Land Rover bez najmniejszego zarzutu przeszedł badania techniczne. Wieczorem tego samego dnia przyjechaliśmy na miejsce oficjalnego startu do oddalonego o 360 km Johor Bahru.

Tu nocleg w dobrym hotelu, oraz tradycyjnie mocno spóźniona ostateczna odprawa, losowanie kolejności startowej na prologu.

Następnego dnia oficjalny start z udziałem miejscowych władz i tu miły gest ze strony polskiego Ambasodora w Malezji Pana Eugeniusza Sawickiego który wspólnie z małżonką i dziećmi specjalnie przyjechał z Kuala Lumpur aby pomachać nam biało-czerwoną na starcie.

Jeżeli jestem już przy oficjalnej części imprezy, warte jest podkreślenia duże zainteresowanie i pomoc naszej placówki, a w szczególności Pana Ambasadora Sawickiego oraz Radcy Handlowego Andrzeja Gerhardta.

Prolog rozegrany na nieużytkach pod miastem, składał się z 5 odcinków z czego 2 rozegranych jako wyścig równoległy. Niektóre odcinki okazały się zbyt trudne do przejechania dla wielu załóg w tym dla nas. Polegliśmy na początku jednego z SS-ów gdzie należało pokonać szereg wykopanych w poprzek drogi rowów , dziury okazały się dla naszego auta za głębokie, a kotwica ziemna (której użyliśmy po raz pierwszy) złamała się!

Kolejny odcinek na którym otrzymaliśmy DNF (karna taryfa za nieukończenie) składał się z licznych przeszkód na których należało użyć wyciągarki, wszystko szło dobrze do chwili kiedy lina wyciągarki została przecięta przez kawałek szkła który dostał się między rolki, jak się później okazało trasa przebiegała przez stare wysypisko śmieci. Z dziury zostaliśmy wyciągnięci przez koparkę, przewidująco ustawioną w tym miejscu przez organizatorów.

Były też sukcesy, jeden z odcinków równoległych na którym zmierzyliśmy się z portugalskim Defenderem zakończyliśmy zwycięsko, osiągając jeden z lepszych czasów.

Trudny technicznie , rozegrany w palącym słońcu prolog, ukończyło w całości bardzo niewiele załóg. Oczywiście wbrew wcześniejszym zapowiedziom, że o kolejności startowej będą decydowały wyniki z pięciu odcinków prologu, w ostateczności policzono losowo tylko dwa. W naszym przypadku jeden odcinek to ten na którym otrzymaliśmy DNF, okazało się, że następnego dnia startujemy z 12 pozycji.

Kolejny dzień przyniósł już pierwsze zmiany przebiegu trasy i modyfikacje odcinków specjalnych, zamiast kilku trudnych technicznie w tym głębokiej rzeki, rozegrano cztery szybkie i stosunkowo proste czasówki na trasach wyciętych pospiesznie w dżungli.

Na jednym z nich nie zauważyłem sporego drzewa i z pełną prędkością zawadziłem o nie prawą stroną auta, tylko dzięki solidnej klatce nic poważnego się nie stało, nie licząc złamania rury klatki, pęknięcia przedniej szyby i lekkiego wgniecenia dachu. Klatkę udało się prowizorycznie pospawać, szybę zasmarowaliśmy silikonem aby nie wyleciała i można było jechać dalej.

Kolejne zmiany trasy i kolejne odcinki pokonywane w różnym stylu i z różnym szczęściem. Choć rezultaty były różne nasza postawa a szczególnie Agnieszki jako pilota została zauważona i doceniona nagrodą specjalną za jak myślę nieustępliwość i wolę walki.

Po jednym z odcinków zebraliśmy gromkie oklaski kiedy to lina zerwała się już po raz chyba szósty a Agnieszka zawiązała już chyba dziesiąty węzeł stojąc po pas w wodzie, ale opłaciło się - ukończyliśmy odcinek na 1,5 minuty przed upływem limitu czasu.

W tym miejscu muszę wspomnieć o linach tzw. kevlarowych, których używamy od 2 lat i to z zadowoleniem. Okazało się niestety, że w tych konkretnych warunkach klimatyczno-geologicznych (wilgotność, glina z drobnymi ostrymi kamieniami) nasz wybór był błędem który kosztował nas sporo punktów, z powodu wielokrotnego zerwania a właściwie przetarcia liny. To same negatywne doświadczenia miały inne załogi używające podobne liny. Chcę podkreślić, że z używanych przez nas przez ostatnie dwa lata lin byliśmy bardzo zadowoleni, naszym zdaniem w warunkach polskich sprawdzają się doskonale. Ogromna wilgotność i ostra gleba w dżungli sprawiły jednak, że ulegały bardzo szybkiemu zużyciu. W czasie rajdu zniszczyliśmy 3 nowe liny a mechanizm zniszczenia był taki sam - przetarcie, pod koniec wpadliśmy na pomysł posmarowania liny smarem LT-43 co jak się wydaje uchroniło naszą ostatnią linę przed całkowitym zużyciem i pozwoliło na utrzymanie sprawnej wyciągarki do końca rajdu.

Nieoczekiwane awarie dokuczały nam z resztą mniej więcej od połowy rajdu. Jak wspomniałem awarie były nieoczekiwane a więc tym bardziej dokuczliwe i trudne do usunięcia . Uszkodzeniu uległa przekładnia kierownicza, pośród licznych części zamiennych w jakie zaopatrzył nas Land Serwis nie było przekładni bo ta w samochodzie była prawie nowa (miała może 3 miesiące). Kierownica blokowała się coraz bardziej w miarę posuwania się przez dżunglę aby zupełnie się zaciąć przy wyjechaniu na twardą drogę.

Kolejny pech to zerwanie paska rozrządu (miał może przejechanych 700 km !), pęknięcie wałka, w konsekwencji dość poważne uszkodzenie silnika. Nasz mechanik Roman wykazał się jednak pomysłowością i auto udało się naprawić na tyle aby o własnych siłach wyjechać z dżungli !

Półtoradniowy przymusowy postój w tym noc spędzona samotnie w głębokiej dżungli pozbawił nas możliwości walki na kolejnych odcinkach specjalnych , co odbiło się na końcowym rezultacie, ostatecznie zostaliśmy sklasyfikowani na 18 pozycji .

Wynik sportowy na RFC, praktycznie zależny jest od miejsca zajętego na prologu, ponieważ warunki przejazdu na poszczególnych odcinkach specjalnych dla załóg startujących z czołowych pozycji są tak dalece różne od tych z jakimi musza się zmierzyć startujący z dalszych miejsc (włącznie z tym, że niektóre odcinki dzienne załogi z dalszych pozycji musiały pokonywać w nocy !) Do tego opóźnienia w obliczaniu punktów powodują to, że właściwie od początku do końca rajdu kolejność startowa jest taka sama .

Końcowy rezultat choć ważny wszędzie tam gdzie liczy się punkty i sekundy nie jest na RFC najważniejszy. Mam wrażenie, że większość załóg szczególnie z Europy nie jedzie na drugi koniec świata aby walczyć o punkty - chociaż podczas pokonywania SS-ów wszyscy dają z siebie wszystko, tylko aby zmierzyć się z samym sobą w naprawdę trudnych a nawet ekstremalnych, szczególnie dla nas warunkach.

I chociaż wszechobecna dezinformacja i liczne wpadki organizacyjne kosztują uczestników dużo niepotrzebnych "nerwów" to jednak RFC ma coś w sobie, jest coś w tym, że ludzie chociaż niejednokrotnie ciskają ciężkie słowa wracają do Malezji. Myślę, że składa się na to wiele czynników a przede wszystkim atmosfera przygody w egzotycznym otoczeniu.

Bo wszystkie zarzuty wobec organizatorów bledną w zestawieniu z widokami jakie można podziwiać przeciskając się terenowym autem przez dziewiczą równikową dżunglę czy kąpiąc się w turkusowych wodach górski rzek. Nie jest łatwo poza RFC mieć sposobność pokonania kilkunastometrowego prowizorycznego mostu zawieszonego kilka metrów nad rwącą rzeką. Emocji podczas pokonywania naprawdę niebezpiecznych miejsc nocą w strugach deszczu nie da się z niczym porównać, a dawka wydzielonej przy tej okazji adrenaliny może zadowolić nawet największych twardzieli.

Team Poland chciałem złożyć serdeczne podziękowania:

Piotrowi Kowalowi i załodze Land Serwisu za przygotowanie auta do rajdu oraz wyposażenie nas zestaw części zamiennych.
Firmie Britpart za dostarczenie ogromnej ilości części w trakcie przygotowania auta do rajdu.
Panom, Bogusławowi i Dariuszowi Kupczakom oraz firmie Kupczak Products za wyposażenia nas w doskonałe buty.
Panu Romanowi Jeske i firmie Monut&Wave za przygotowanie ubrań reprezentacyjnych.
Firmie Run 4x4 Fun za dostarczenie lin do wyciągarek.
Firmie Musli i dr Kleks za przygotowanie racji żywieniowych dzięki którym mogliśmy przetrwać w dżungli.
Firmie Galaskór za dostarczenie specjalistycznych rękawic dla pilota i kierowcy.
Firmie Packman za częściowe opłacenie kosztów przewozu auta do Malezji.
Panu Ambasadorowi RP w Malezji Eugeniuszowi Sawickiemu z rodziną za doping na starcie i prologu.
Panu Andrzejowi Gerhardtowi za wszechstronną pomoc okazaną nam w Kuala Lumpur
Oraz wszystkim którzy okazali nam życzliwość.


Marek Janaszkiewicz

Wyniki (format PDF)


Galeria - 254 zdjęcia