Rumunia turystycznie - relacja Wojtka Stawowiaka

Rumunia to kraj o którym słyszałem i czytałem wiele dobrego. Chwalono ją za piękne góry, przyjaznych ludzi i dziką przyrodę. Dla mnie dodatkowo ważnymi argumentami "za" była niewielka odległość do jej granic (270 km z Barwinka !) i duże możliwości podróżowania poza utwardzonymi drogami. Nie bez znaczenia były też stosunkowo niewielkie koszty takiego wyjazdu. A przeciw ? - jedynie rzekome napady i rabunki oraz ataki żądnych krwi wampirów...

Pod koniec października, wraz z moim przyjacielem Piotrkiem Szopińskim załadowaliśmy do Dyskoteki trochę jedzenia, lin, szekli, sprzętu biwakowego i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy ambitne plany objechania w ciągu 9 dni "całej" Rumuni, zobaczenia największych pasm górskich leżących w obrębie Karpat Południowych i Wschodnich a przy okazji poruszania się w dużej mierze poza asfaltami.
Takie były założenia taktyczne. A w praktyce...

Przejechaliśmy po Rumunii ok. 2200 km i udało nam się dotrzeć do większości zaplanowanych miejsc. Drogi główne (na mapie "Cartographia" 1:800 000 zaznaczone na czerwono) zaskoczyły nas bardzo dobrą nawierzchnią - tych jednak staraliśmy się unikać. Drogi żółte, zależnie od regionu zmieniały się z wąskiego asfaltu w "pączkujący" asfalt by za chwilę stać się porządnie wyboistą szutrówką. A drogi białe... o, to już dla miłośników off-roadu prawdziwy raj ! Zwykle były to szlaki kamieniste lub drogi gruntowe, na których jedynymi śladami były wąskie koleiny po wozach i odciski różnorakich kopyt. Zdarzało się, że jadąc przez wieś wąską, czarno-błotnistą dróżką musieliśmy załączać blokadę by nie stracić trakcji. Bywało, że w górach rudo-gliniaste błocko powiększało nam opony do rozmiarów big-foota zaklejając przy okazji całe podwozie na dębowo. Często też drogi bardzo obiecująco wyglądające na mapie okazywały się w rzeczywistości po prostu nie istnieć (tu przypuszczam znaleźliby coś dla siebie ekstremaliści) i zmuszały nas do lekko frustrujących "wycofów". Warto przy okazji wspomnieć, że ogólna mapa Europy wpisana do naszego GPSa "nieszczególnie" się przydała i często-gęsto naszą jedyną szansą zlokalizowania się były "zamaszyste" rozmowy z miejscowymi, oczywiście po rumuńsku. Można też zdać się na intuicję, ale ta w plątaninie górskich ścieżek, które co chwila rozwidlają się lub skręcają o 180 stopni po prostu... traci zasięg.

Ogólnie rzecz biorąc góry na południu i południowym wschodzie Rumunii są ze wzglądu na wspomniane warunki off-roadowe po prostu genialne. Oferują też zupełnie niezwykłą różnorodność krajobrazów. Nie oznacza to jednak, że północ nie jest ciekawa. Sprawiała jednak wrażenie nieco bardziej "cywilizowanej" co objawiało się przykładowo szlabanami na niektórych drogach leśnych ("drum forestier").

Poza częstymi zmianami scenerii w czasie naszej podróży wielokrotnie zmieniały się też... pory roku. Doliny i niskie bieszczadzkie w charakterze góry złociły się jesiennie, podczas gdy pasma wysokie np. Fogarasy (ok. 2500m npm) witały nas 100 procentową zimą. Staraliśmy się więc rozbijać nasz namiocik niezbyt wysoko i na wszelki wypadek możliwie daleko od zabudowań. Trzeba jednak przyznać, że wszyscy ludzie, których spotykaliśmy po drodze byli bardzo przyjaźni. Jedynie raz poczuliśmy się nieswojo przejeżdżając przez wieś zamieszkałą wyłącznie przez Romów - tam atmosfera nie sprzyjała postojom.

Podsumowując:
Jak ktoś lubi las, dziką przyrodę i nie przerażają go "niewygody" obozowego życia powinien wybrać się do Rumunii. Tam nie trzeba szukać off-roadu... tam off-road znajduje Cię sam.

Pozdrawiam
Wojtek Stawowiak


Galeria - 39 zdjęć