V Rajd Land Serwisu - 21-25.06.2000

"...pojazd: szary, pordzewiały i pogięty... Nie ma w nim nic z pychy i arogancji nowoczesnych maszyn. Gdy wjeżdża lasu, natychmiast przepada, znika wśród bałaganu natury, jego nieregularne kształty, chropawość i skromność sprawiają, że pejzaż uznaje go za swój wytwór, za własne dziecko - na równi z bryłami piaskowca, omszałymi kłodami i resztą naturalnego dobrodziejstwa."
Andrzej Stasiuk

V Rajd Land Serwisu w Beskidzie
Niewiele jest takich miejsc, jak te. Dziesiątki, setki kilometrów starych połemkowskich dróg, szlaków i płajów wiodących wśród wymarłych wsi i cmentarzy, leśne gruntówki prowadzące w sam środek lasu i mijające chylące się ku ziemi poczerniałe od starości łemkowskie chaty wąskie nitki szutrowek. Taki jest Beskid. Ten prawdziwy - zielony buczynami, żółty zeschłymi trawami dolin i zatęchły czarnymi błotami, które znajdujesz tam, gdzie najmniej się ich spodziewasz. Ci, którzy przybyli na start tegorocznego Rajdu Land Serwisu, nie musieli tego wiedzieć.

Nie było ich wielu. Musieli jednak wiedzieć, czego chcą i musieli bardzo ufać swoim pojazdom. A te tak bardzo różniły się pomiędzy sobą. Leciwe, choć wciąż w nienagannej kondycji, dwudziestoparoletnie maszyny i te wyprodukowane rok, czy dwa lata temu. Standardowe zawieszenia i poważne lifty na ogromnych kołach. Pojazdy "ochlapane" matowym lakierem khaki i lśniące metalikami. Te pogięte i noszące ślady wielu terenowych przepraw, jak i te nienagannie, wprost nieprzyzwoicie czyste i proste. Wielkie, wysokie i ciężkie auta wyprawowe oraz małe i zwinne wyścigówki. Na kołach małych i dużych, wąskich i szerokich. Benzynowe i diesle. W zasadzie wszystkie modele Land Rovera: krótkie i długie Serie, Defendery, Range Rovery i Discovery, kilka ciekawych konwersji i przeróbek. Wśród Land Roverów Toyota Land Cruiser i Mercedes G na ogromnych 36-calowych Silverstone'ach oraz nasz redakcyjny Wrangler. Wśród uczestników zaplątał się także piszący tę relację...

W piątkowy słoneczny poranek mknąłem, na ile pozwalały wąskie opony i bujające się na zakrętach nadwozie mojego Range'a, by zdążyć na start pierwszego odcinka. Do Mochnaczki przyjechałem w chwili, gdy połowa załóg już wyruszyła na trasę. Teraz należało "podpiąć" się do grupy aut z wyciągarkami. No i pojechaliśmy. Już od startu teren. Niezbyt trudny - ot, wystarczający, by nieco rozgrzać olej w transmisji. Skok przez góry i pierwsze trudności. Wąskie zadrzewione koryto starej, od dawna nieużywanej drogi. Gdzieś z boku podmyta przez strumyk wymusza pierwsze "figury*". Ciężkie i duże auta mają problemy. Jak na złość punkt kontroli przejazdu umieszczony jest w trudnym miejscu. Za chwilę przeskok przez wiejską drogę i mozolna wspinaczka wśród pól. Po osiągnięciu szczytu łagodny zjazd i... niespodzianka. Kilkunastometrowy oberwany brzeg rzeki powoduje zwiększone wydzielanie pewnego hormonu. Na całe szczęście jest sucho, a w dole czeka pieczątka PKP**. Ale tylko część kierowców decyduje się na pokonanie skarpy bez asekuracji wyciągarki. Zmiana klimatu. Kilka kilometrów kamienistym korytem potoku. Co jakiś czas słychać zgrzyt blachy o kamienie - nie ma mowy o szybkiej jeździe. Co kawałek potrzebna jest wzajemna pomoc, bo większe głazy i skalne progi są bezwzględne. Piloci mają pełne ręce roboty. Nie wszędzie woda jest płytka. W okolicy jednego z "pekapów" pomiędzy rzędami kamieni potok wyrzeźbił głębsze miejsce. Ostrożność nakazuje ominąć takie miejsce. Ale nie wszystkim. Załogę Range Rovera kosztuje to prawie trzy godziny suszenia silnika. Dlaczego dieslowi nie pomógł snorkel? Zapewne wszyscy z ulgą powitali wyjazd z rzeki. "Zwózkowa" droga przez las i w miarę łagodne szutry wyprowadzają wszystkich na przełęcz Siwejka. Zawsze kiedy tam jestem zatrzymuję się na chwilę. Jak okiem sięgnąć żadnego domostwa - Beskid w całej okazałości. Zjeżdżamy przez Ropki w stronę Hańczowej. Przeskok przez asfalt drogi na Wysową i w las. Po drodze wąski mostek, którego barierki szerokie auta mijają na przysłowiową żyletkę. W lesie atrakcje: głębokie i twarde koleiny. Trzeba je brać okrakiem, albo się ciągnąć. Im wyżej, tym więcej błota. Potem szutrówka i znowu szykany w postaci rowu i czujnego trawersu wśród drzew. Wyjazd w Hańczowej i kolejny mozolny podjazd wśród pól. Sucha na szczęście droga znika w lesie.

Beskid jest nieobliczalny. Zdarza się, że wyschłymi na wiór kamienistymi drogami podjeżdża się na przełęcz, by na samej górze "wtopić" sromotnie w bagnie. Skąd się tam wzięło? Było od zawsze. Tam, gdzie przyroda jest właśnie taka, nie ma powodzi. Woda zmagazynowana w roślinach i glebie czeka na wysoki but turysty albo koło Land Rovera. "Tu to nawet ciągnikiem nie przejdzie" - słyszałem wielokrotnie od znających dobrze takie miejsca autochtonów. Gdy widzą zabłocony samochód zjeżdżający z góry kręcą z niedowierzaniem głowami.

Zjeżdżamy do Skwirtnego. Jeszcze w ubiegłym roku przez wieś prowadziła piękna wąska droga szutrowa. Dziś leży na niej asfalt, który i tak w najbliższej przyszłości stanie się dziurawy jak sito. Tutejszy klimat ma swoje prawa. Na szczęście po kilkuset metrach kończy się. Osiągamy Regetów Dolny i zapuszczamy się w jedną z najpiękniejszych dolin Beskidu Niskiego. Po drodze mijamy drewniane domy jakże inne od dumnych betonowych bunkrów. Rozmawiamy z napotkanym pasterzem. "Tu autami nie jeżdżą. Czasem WOP, albo leśniczy" - mówi śmiejąc się i ciekawie spogląda na nasze ubłocone pojazdy. Trawersujemy zbocze i zapadamy w leśny trakt, który przed wojną łączył Regetów Górny ze Zdynią. To jeden z najpiękniejszych szlaków, jakie znam. Na przełączce wspaniałe bagno, a w nim któryś tam z rzędu PKP. Tylko nieliczni zdobywają pieczątkę bez wincha. Droga ledwo widoczna, w trzech miejscach przecięta grząskimi jarami. Leżące na ich dnie belki ułatwiają zimą WOP-istom przejazd śnieżnymi skuterami. Ten odcinek wydaje się nie mieć końca, ale wreszcie udaje się osiągnąć wieś. Cywilizacja. Szosą wiodącą z Gorlic do przejścia granicznego dojeżdżamy do Koniecznej. Jeszcze tylko pół godziny jazdy i przed nami otwiera się dolina. Ruiny szkoły wskazują, że w latach siedemdziesiątych chciano zaludnić te tereny. Na szczęście bez powodzenia.

Ognisko jest zawsze zaczarowane. Łączy ludzi. Przy ogniu można snuć opowieści, albo nic nie mówić. Nocujemy w bazie studenckiej w Radocynie. Jest pięknie i cicho. Pierwsze załogi przyjechały już późnym popołudniem, ostatnie gdzieś koło północy. Dwa końcowe odcinki w terenie robili już po zmroku. Nie ma czego zazdrościć. Ale ludzie są szczęśliwi. Jest gorący bigos z przyholowanej przez Piotrusia kuchni polowej i piwo. Wjeżdżając do bazy Piotruś z gracją położyć swoją "stodziewiątkę" na boku. Na szczęście bigos ocalał. Załogi nie wiedzą, że pierwszy dzień był wstępem do poważniejszych zmagań z terenem. Sprzęty stoją równiutko w rzędach; pomiędzy nimi rozbite półkule namiotów. Zasypiam przy ognisku.

Rano wśród załóg podniecenie. Ten dzień otwiera bowiem jedyny punktowany inaczej OS. Na podjeździe liczy się ilość przepięć wyciągarki. Ciężki sprzęt leśny wyrzeźbił tu głębokie koleiny. Jest sucho i tylko dlatego zabawa nie kończy się długotrwałym "kiblem". Teoretycznie wystarczy jechać uważnie i nie spaść w ciągnące się rzędy kolein. Ale nie ma lekko. Im wyżej, tym trudniej i tylko kilka załóg pokonuje całość odcinka bez punktów karnych. Zjeżdżają do bitej drogi i mkną ku Wołowcowi. Po drodze jest Nieznajowa - wysiedlona po wojnie w ramach Akcji "Wisła" wieś, dziś znacząca się kamiennymi krzyżami i zapadliskami domów. Kilka brodów, trochę kamieni. Zamieszkały jest dopiero Wołowiec. Mijamy domostwo autora motta tego tekstu. Ale tam znowu w las i najtrudniejszy podczas całego rajdu etap. Dla wielu trwający ponad dobę. Napotkani robotnicy leśni z niedowierzanie kręcą głowami. Nie jadę całej trasy. Jeszcze wczoraj w moim aucie zawiesił się termostat, a na dodatek jeden z gumowych węży układu chłodzenia zaczął radośnie sikać płynem. Resztę trasy znam już tylko z opowieści.

Formuła V Rajdu Land Serwisu jest prosta i skuteczna jak konstrukcja Serii I. Trasa wyznaczona przez roadbook zawiera kilkanaście punktów kontroli przejazdów. PKP to zawieszone - zwykle na drzewach - pieczątki. Rzecz jasna zawieszone w punktach, których nie daje się objechać, ani osiągnąć w jakiś prosty sposób. Zaplombowana na desce rozdzielczej karta drogowa musi znaleźć się w zasięgu łańcucha z pieczątką. I to w zasadzie wszystko. Nie liczy się czas przejazdu, a zatem i moc silnika, wielkość kół, czy ilość blokad. Oczywiście przygotowanie pojazdu ma niebagatelne znaczenie, lecz najważniejsze by "sprzęt wydał, a załoga nie pękła".

Do bazy drugiego dnia rajdu założonej u Tomasza w Banicy zjeżdżam około siódmej wieczorem. Ku memu zaskoczeniu na miejscu stoją tylko dwa auta uczestników: Mercedes Darka i Toyota Marcina. Mają doskonale przygotowane maszyny, a poza tym znają te tereny jak własną kieszeń. Oprócz nich w bazie jest jeszcze kilka samochodów obsługi. Cała reszta siedzi gdzieś w górach walcząc z błotem, koleinami, podjazdami, sprzętem i zapadającym zmrokiem. Około północy do Banicy wpada swoim "kit carem" Radek. Widząc, co się dzieje wraca na trasę. Nieco później przybywa "stodziewiątka" Marka i Wrangler Igora. Odpuszczają. Jeep ma pękniętą chłodnicę, połataną silikonem, kawałkiem sznurka i gałęzi. Z zeznań Igora wynika, że jeden z samochodów wymielił przedni dyfer i na trzy godziny zablokował przejazd pozostałym załogom. Nadchodzi ranek. Ludzie cały czas są w lesie. Piotr mówi, że walczą dalej. Był na trasie w nocy. Gdy wyciągał pechową załogę z błota, w do ukręconego dyfra doszła urwana piasta koła. Gdy koło południa wyjeżdżam z Banicy w kierunku Krakowa...

Katowali całą noc i cały następny dzień. Zjechali do bazy późnym popołudniem zmęczeni, ale szczęśliwi.
Dla Radka był to pierwszy poważny rajd w życiu. Oglądałem jego pracę na trasie podczas piątkowego etapu. Powoli z rozwagą pokonywał kilometr za kilometrem ucząc się i poznając możliwości samochodu. Nie wiem, czy mnie tak jak jemu chciałoby się wracać na trasę w środku nocy. Widziałem też jak przez kilka dni przed rajdem pieczołowicie doglądał sprzęt. Opłaciło się. Wojtek, pomimo zalania silnika również nie dał za wygraną i przeprowadził Range Rovera przez całą trasę. Awaria auta wyeliminowała ze stawki Igora. Lekkim Jeepem jechał wraz dwuipółtonowym Land Roverem 109 Marka. Przez dwa dni pomagali sobie wzajemnie na trasie - piękny obrazek! Kto wygrał? Chyba wszyscy, którzy wcześniej lub później osiągnęli metę w Banicy. Bo nie było łatwo.

Tomasz Konik

* figura - efektowna pozycja pojazdu w terenie, charakteryzująca się mało pewnym podparciem kół (czasem ich brakiem) i jeszcze mniej pewną miną kierowcy.
** PKP - punkt kontroli przejazdu

Organizator dziękuje za pomoc w przeprowadzeniu rajdu: Krystianowi Łukaszewskiemu, Piotrowi Michalikowi, Mariuszowi Gwizdowskiemu, Grzegorzowi Szopie, Renardowi Stachnikowi oraz Tomaszowi Nowakowi ze schroniska w Banicy, bez których V Rajd Land Serwisu nie mógłby się odbyć.

Przedruk z magazynu "OFF-ROAD PL" nr: 7/2000, za zgodą redakcji

LISTA ZAWODNIKÓW, KTÓRZY UKOŃCZYLI V RAJD SAMOCHODÓW TERENOWYCH LAND SERWISU (PIERWSZA PIĄTKA)

1 RADOSŁAW URBANIK RANGE ROVER KIT CAR
1 MARCIN KĘDZIERSKI TOYOTA LANDCRUISER
2 WOJCIECH BRZEZIŃSKI RANGE ROVER
3 RYSZARD MARYNOWICZ LR LIGHTWEIGHT
4 IRENEUSZ LESZCZUK LAND ROVER 88
5 DARIUSZ POL MERCEDES G


Galeria - 54 zdjęcia

Zobacz galerie z poprzednich edycji:
IX Letni Rajd Land Serwisu 5-7.09.2014
VIII Letni Rajd Land Serwisu/Bazar Off Road - 26.09.2009
VII Letni Rajd Land Serwisu 28-29.05.2004
VI Rajd Land Serwisu - Beskidy bez granic - 12-15.07.2001
III Rajd Land Serwisu

Zobacz relacje z poprzednich edycji:
IX Letni Rajd Land Serwisu 5-7.09.2014
VIII Letni Rajd Land Serwisu - 26.09.2009
VI Rajd Land Serwisu - 12-15.07.2001
III Rajd Land Serwisu